Zaginiony bursztynMałgorzcie Helenie Margot Nie, Małgorzato, nie możesz tak po prostu... Przecież wiesz ile mnie to kosztuje... Każda chwila bez Ciebie jest tysiącem ziaren bólu sączących się powoli... Ach, jak powoli zsypują się po kryształowych ściankach... Połowa czasu pojmowanego naiwnie już za plecami, ale mimo wszystko, Małgorzato, ileż jeszcze, ileż jeszcze... Widziałem wczoraj tłum, wyobraź sobie dziki, pierwotny tłum... W nocy widziałem go znów: tworzył rewolucję, palił się w jej ogniu, zjadał swych wodzów, kreował nowych, zchodził pokornie do obory, i znów od początku... Pojęcia nie masz, Małgorzato, jakie to upokarzające żyć z nim na jednej matce... Ale cóż innego, Pani, pozostaje... Wiem, dobrze wiem, nie naciskam... Sama, Małgorzato droga, zobaczysz to kiedyś wyraźnie... Teraz, Małgorzato, podaj mi proszę świt na srebrnej tacy w dniu święta, broczące krwią słońce niech odprawi wschodni rytuał, niech brutalnie skoczy mi na twarz, a niech tam! Stawić mu czoła, choć pomarszczone kurzem; spojrzeć mu prosto w źrenice, choć nadbiegłe siecią krwistych wyrzutów, choć okryty starą, pomiętą skórą... Małgorzato, jest jeszcze ciemno, odejdź, jeśli musisz, teraz, nim Cię zobaczy wiatr tańczący w załomach pustych domostw... Jak się nie bać cienia, cień ta ja, światło to ja - choć przypruszone odłamkami skalnych zasad i uczuć... Wiesz przecież dobrze, Małgorzato, że tutaj nic nie płynie - prócz krwi jedynej; i tutaj nic nie ma - prócz bólu powiek osamotnionego... Sztylety, podnieś twarz w chwili... Zejdź, Julio, z balkonu, pamiętaj my nie wracamy... Ale Ty, Małgorzato, podsycaj święty ogień pod mymi stopami. Ubierz lalkę - będzie bal... Na nas dwoje i demoniczne zapachy naszych wnętrz na stole skłębionych... Kucnijmy przy ścianie - niech nasze włosy spłyną po niej znacząc ślad mistycznej ontologii księcia Karpat... Pójdźmy po paproć - nią przykryjemy wstyd i rozpacz, odchody i ślady krwi... Małgorzato, zaczeliśmy taniec, krocz więc w rytm mego wewnętrznego drgania, aż ... Nigdy mnie nie zapomnisz, nie pozwolę, wejdę do Twej głowy jeszcze głębiej niż jestem... Tak, to możliwe... Wyssam Twą miłość do mnie i zastąpię ją obłędem...Obłąkanie... Ale nie bój się, nie bój... Czekaj cierpliwie na polanie pod dębem, w niewinnej bieli... Wierne gnomy będą Cię strzec przed dzikim wilkiem i sową - najgłupszą przyjaciółką nocy... Więc czekaj, a będziesz... Ja pozwolę Ci być... Odwracasz wzrok, Małgorzato, gdy twarz młodzieńca orają bruzdy, sine niczym pole wciąż kurczowo trzymające drzewo za zziębięte stopy... A wiedźmy - posłuchaj - płaczą zawodząc i przerażając skundlone psy z podwiniętymi ogonami uciekające od ognia... Małgorzato, jeszcze nie widzisz?! W tym lesie nie ma światła, korony drzew zakryły krwawiącą wciąż kulę na purpuroskłonie... Puste przestrzenie są obok. Obok nas. Obok Ciebie... A Ty, Małgorzato, wciąż się boisz. Nie bój się, nie bój... Ze mną jesteś tu bezpieczna, ale nie przychodź tutaj sama... Nie... Cienie na moczarach zabawią się z Tobą w białych i czerwoną, w rosjan i czeczenkę, w corteza i montezumę, we mnie i ciebie... Promień świecy tańczy z krzykiem znicza... Upajają się zimnem marmuru nad, i pod stopami... Małgorzato, przyjdź do mnie jeszcze, przyjdziesz... Szczęk zbroi, słyszysz?-będzie uczta, przyjdź... A Ty, Małgorzato, śpisz... Katedra opustoszała bez Twojego bólu... Odeszłaś, a przecież od tysiąca lat... Kapłanko - wzywam Cię przed oblicze wyznawców świątyni... Wyrok jest jeden: kochaj mnie mocniej niż koty krew z ptasiego skrzydła, niż strzygi samotnych wędrowców, niż gnomy miód łapczywie kradziony... Pozbawieni imion staniemy i tak nadzy przed obliczem prastarego drzewa węża by zlizać kroplę potu z Jego świętych śladów na spróchniałej korze uczuć dobra i zła... Potem dam Ci puchar srebrny wypełniony krwią dziewicy i moją z samych żył gorących toczoną starannie... Przyobleczesz, Małgorzato, płócienną suknię z magicznymi znakami i zostaniesz zaprzysiężona na Dzień i Noc, na Szept i Krzyk, na Litość i Gwałt, na mnie - Pani - na Mistrza, na Mistrza... Potęga i moc, siła i pewność dłoni trzymającej katowskie pióro zbawienia... Więc wzrokiem zapładniając świerkowe przestworza stoję dumny z wszechbytu... Nie wszystko jest na płótnie, popatrz Pani na gwoździe wbite w zakurzoną księgę... Ropiejąca rana pokryta pajęczyną wyobrażeń Ciebie... Co z piórem począć, gdy opatrznie uczucia na pergaminie znaczy, gdy ból niewysłowienia rozpiera piersi spragnione świeżego dotyku skał... Małgorzato, otul puchem włosów niecierpliwe żądze, nakarm głodne źrenice, napoj spragnione usta... A dam Ci raj nienazwanych rozkoszy, roztopię Cię w samym sercu mego pieca na kroplę łzy toczoną po szklanym zwierciadle czasu... Zetnijmy stare drzewa i zasadźmy nowe dęby pośrodku polany, przy chacie zbudowanej z przekrwionych konarów ściętych ideałów... Popłyń, złam silnym prądem sam rdzeń tamy, która tak Cię przecież uwiera... Małgorzato, przy dźwiękach lutni zadrżyjmy patrząc w proroctwa domowego ognia... Niczego się, Małgorzato droga, nie obawiaj - jam jest spokój i pewność, jam jest Pan i Mistrz... Módlmy się, Małgorzato, o deszcz, niech on ugasi rozpalone namiętności, tylko on ma do tego prawo, tylko on... ***
Wchodzę, mocno. Zapamiętale. Wchodzę i wychodzę. Znów. Samotność. Obcować z nią - trudno. Bez niej - pusto. Pustynia - skały - błysk. Mała jaszczurka ucieka spod stóp pokaleczonych piaskiem. Krzyk sępów kołujących nad mirażem mojego cmentarza. Wchodzę w nią. Ugina się pode mną bezszelestnie. Obnażona do granic możliwości. Wchodzę jeszcze głębiej. Biorę oddech i zamykam oczy. Wciąga mnie jak woda. Faluję w rozpalonym powietrzu. Ból skroni pulsuje. Krew tłoczy tlen. Tlen niesie życie. Trzeba mi życia. Światło przebija powieki i wdziera się pod czaszkę. Uszy wiszą bezużyteczne na haczykach wyobrażeń jej głosu. Tutaj wszystko ucicha gdy wiatr milknie. Oni przychodzą pojedynczo. On. Ona. On. Stoją. Milczą. Rozsadza mi powonienie. Dotyk na udach. Ona odeszła w cień. Oni odeszli. Tylko ogień na skórze wilgotnej od potu i śluzu z jej ust. Przenikamy się. Wypluwam ją. Jest mną. Wstajemy i podpierając się idziemy za skały. Do wody. Nie ma wody, nie ma nic. Tylko szum. Nie jest ciepło. Nie jest jasno. Mgła wciska się przez uchylone okno łapczywie wychwytując przejawy jaskrawości. Zakryła już wszystko: drzewa, dom, ławki, dziecięcą huśtawkę. Ale tutaj nie jest cicho. Słychać muzykę. Czuć ostry zapach tytoniu i melodię liści herbaty. I jeszcze pióro skrzypi pod ciężarem słów wyciskanych resztką absolutyzmu dłoni. Płacz dziecka. Rozbudza iskry wewnątrz czaszki. Impuls. Płacz. Oboje nadzy na podłodze. Łzy... |