KonfrontacjeLos chciał, że od ponad roku mieszkam w Warszawie. Często jestem pytany o Bydgoszcz, czasem kurtuazyjnie, ale czasem bardzo konkretnie, co warto zobaczyć, gdzie można przenocować jadąc dokądkolwiek dalej. No i zachęcam jak mogę, by zostać tutaj na dłużej, nie tylko na chwilę. Dopiero jak raz na parę miesięcy przyjadę do rodzinnego domu, to błyskawicznie gryzę się w język... Kalać własnego gniazda nie zwykłem. Tym bardziej, że jest ono pełne specyficznego uroku. Myślęcińskie zakątki, zapach historii wokół Starego Miasta i ludzie: nie tyle smutni, co zamyśleni, roztopieni we własnych troskach. O tym warto mówić. Warto przyjechać na Festiwal Prapremier, warto zobaczyć Bydgoski Festiwal Operowy, pójść na spacer w okolicach cmentarza Starofarnego lub na Wzgórze Wolności (zwłaszcza jesienią). Jeśli otworzyć firmę, to tylko w Bydgoszczy - z uwagi na spore bezrobocie i niskie ceny wynajmu - koszty są stosunkowo niewielkie, a rynek zbytu blisko półmilionowy i wykwalikowani dzięki kilku uczelniom pracownicy na miejscu. Można przyjechać pociągiem, autobusem, samochodem, przylecieć samolotem. Można spać w którymś z kilku dobrych, choć niestety drogich, hoteli. Można i warto. Tak właśnie zachęcam do przyjazdu, do inwestowania, do wypoczynku w Bydgoszczy. Ale potem wysiadam na dworcu i staram się wczuć w zachęconych przeze mnie gości. Brudna ulica Dworcowa, wieczorami bezpieczna niczym Bronx sprzed kilkunastu lat. Bilety autobusowe droższe niż w Warszawie. Taksówki także. Do hoteli szczęśliwie dosyć blisko... Ponoć festiwal teatralny jak zwykle był rewelacyjny, ale teraz (początek listopada) w Teatrze Polskim tylko próby. A to jedyny teatr w tej kilkusettysięcznej aglomeracji. Opera Nova pewnie przypadkiem, ale też nieczynna. W Węgliszku impreza halloweenowa. W Mózgu podobnie. Wieczorny spacer w okolicach ul. Gdańskiej i Starego Rynku kończy się dość nagle. Spontaniczna bójka przy sklepie nocnym (Kaskada) powoduje, że już chcę wracać do domu... Nie wiem jak to się dzieje, że w Bydgoszczy tak bardzo czuć w powietrzu zwykły marazm. Może to z jednej strony kwestia przyzwyczajenia, że "zabawić się" to można w Toruniu, robić "biznes" w Warszawie lub Gdańsku. W Bydgoszczy się "mieszka". Ale to tylko jedna strona medalu, najważniejszą według mnie przyczyną tego stanu rzeczy jest chyba po prostu brak konkurencji. Wiadomo: jak nie ma się rywala, to po co się starać? Tak jest zarówno z bydgoskim teatrem, BWA, jak i... MZK. Do znudzenia przypominam, że w Warszawie miesięczny na wszystkie linie dzienne i nocne, część podmiejskich, linie pospieszne i metro kosztuje 66 złotych - w Bydgoszczy podobny kosztuje 116 zł. Właśnie mija połowa kadencji prezydenta Konstantego Dombrowicza. Dotychczas w Polskę z Bydgoszczy szedł sygnał, że to miasto raczej "podejrzane". Mówi się, że najpoważniejsze zmiany należy przeprowadzać jak najszybciej na początku kadencji, żeby pod koniec zbierać żniwo tych decyzji. Głęboko chcę wierzyć, że prezydent zna tę zasadę, ale chce odwrócić kolejność. Czekam na dzień, kiedy znajdę w poważnych ogólnopolskich mediach coś pozytywnego o Bydgoszczy. Ona na to zasługuje.
|