W pajęczynie nieliniowych narracji

Świat w ciągu raptem półwiecza zmienił się diametralnie. Zmiany dotknęły każdego segmentu rzeczywistości i są tak głębokie, że człowiek końca XIX wieku kompletnie nie potrafiłby się odnaleźć w świecie ostatnich dekad wieku XX. Przyczyną rewolucji, która zmiotła nowoczesność i wprowadziła nową epokę - ponowoczesną - jest, zdaniem francuskiego myśliciela Jean-Francois Lyotarda język. A dokładniej mówiąc: języki, które wyzwolone z tyranii metajęzyka uzyskały autonomię i rozbiły zastały od wieków (ba! tysiącleci) układ.

Autor pierwszy raz wydanej w 1979 roku "Kondycji ponowoczesnej. Raportu o stanie wiedzy" jest ikoną postmodernizmu, choć sam raczej stroni od tej etykiety. Jean-Francois Lyotard był do lat 60. aktywistą lewicowej grupy "Socjalizm lub barbarzyństwo", potem zajął się raczej filozofią sztuki. Jak czytamy w encyklopedii: "Lyotard, wyszedłszy od fenomenologii kształtował swe poglądy podejmując krytykę fantazmatycznej koncepcji dzieła sztuki S. Freuda oraz metafizycznej koncepcji "Kapitału" K. Marksa, by ostatecznie w poszukiwaniu uprawomocnień dla dyskursu filozoficznego znaleźć właściwą inspirację w koncepcji tzw. sądów smaku I. Kanta". W jednym zdaniu można się pokusić o zbanalizowanie ogromu myśli Lyotarda mówiąc, że głosił rozbicie jednolitej, sensownej wizji świata na nieskończoną wielość gier językowych.

W interesującym nas eseju, Lyotard zastanawia się nad kondycja wiedzy, która w złożonej rzeczywistości zatomizowanych gier językowych nie jest w stanie utrzymać dotychczasowej pozycji "wielkiej narracji". Już we wstępie autor dokonywa arcyważnego rozróżnienia między "ekspertem", a filozofem. Jego zdaniem, ten pierwszy "nie wie czego nie", ale z tego co wie potrafi wyciągać wnioski. Tymczasem filozof nie zdaje sobie sprawy z tego, czego nie wie i dzięki temu ma ogromnie wygodniejszą pozycję tego, kto stawia pytania.

Hipotezą, jaką stawia francuski myśliciel jest pogląd, że wiedza zmienia swój status równocześnie z wkraczaniem społeczeństw w epokę postindustrialną (informacyjną - chciałoby się od razu ją nazwać), a kultur w epokę ponowoczesną. Jego zdaniem ten proces najwidoczniej jest obserwowalny od lat 50. ubiegłego wieku. Głównym założeniem, które przyjmuje Lyotard jest to, że wiedza naukowa stanowi pewien rodzaj dyskursu. Przesłanką drugą, choć moim zdaniem równoważną w kontekście całości, jest to, że najbardziej zaawansowane technologie i nauki wiążą się z językiem. Jak pisze Lyotard o zagubieniu współczesnego człowieka w wyniku radykalnego rozbicia struktury, ponowoczesność stanowią dziesiątki (setki?) języków: od języków informatyki, przez matryce teorii gier, symbolikę logik niereferencyjnych, do coraz bardziej czytelnego języka kodu genetycznego. Rzecz jasna "nikt nie mówi wszystkimi tymi językami, a nie posiadają one uniwersalnego metajęzyka" (s. 117). Ten wyjątkowy w dziejach ludzkości okres można wiązać z hegemonią informatyki, która wymusiła uzewnętrznienie wiedzy w stosunku do podmiotu. Społeczeństwo informacyjne (czyli takie, którego głównym tworzywem i produktem jest informacja) stanowią już nie jednostki, można nawet zaryzykować: nie ludzie, ale segmenty zatomizowanej informacji. Wskutek tego państwo nie może już pełnić tej roli, do jakiej przyzwyczaiła nas historia. Globalizacja wymogła zmiany.

Wiedzę jako taką Lyotard postrzega jako konflikt między wiedzą naukową, a wiedzą narracyjną. Jest to jego zdaniem konflikt nie do pokonania, jeśli nie przyjąć koncepcji gier językowych. Ten termin, zaczerpnięty od Ludwika Wittgensteina, mówi tyle, że każdą działalność językową, która z definicji musi stanowić interakcję, trzeba postrzegać jako grę: posiadającą graczy, zasady prowadzenia rozgrywki i wyznaczniki porażki oraz zwycięstwa. Jak pisze Lyotard: "mówić to walczyć, w sensie współzawodniczyć" (45). Oczywiście, nie zawsze gra się po to, by wygrać. Czasem (jak to miewa miejsce w sztuce, języku potocznym itp) chodzi o czystą przyjemność.

W tym kontekście, wiedza naukowa we współczesnym kształcie wcale nie jest nauką. Lyotard twierdzi, że wiedza nie redukuje się ani do nauki, ani poznania. Za poznanie rozumie on zbiór wypowiedzi denotujących (a więc podlegających prawom dwuwartościowej logiki), a nauką byłby wówczas podzbiór poznania. Wiedzę rozumie Lyotard szerzej, jako poznanie i naukę, ale także umiejętności praktyczne, życiowe, zdolność postrzegania i - co najistotniejsze - zdolność oceniania.

To co przyzwyczailiśmy się nazywać wiedzą naukową jest zdaniem autora "Kondycji ponowoczesnej" jedynie grą badania i grą nauczania. W porównaniu do wiedzy narracyjnej, wiedza naukowa wymaga wyłącznie jednej gry językowej, mianowicie denotacyjnej i wykluczenia wszystkich innych. Tym samym wiedza ta "okazuje się odizolowana od innych gier językowych, których kombinacja tworzy więź społeczną. Nie jest już ona, jak wiedza narracyjna, bezpośrednią i powszechną składową tej więzi" (83).

Pojmowanie wiedzy jako gry dialogu posiadającego dwie funkcje: badawczą i edukacyjną, Lyotard wyprowadza z dialogów Platona, głównie z "Państwa". Tak więc wiedza naukowa traktowana jako gra językowa rządzi się kilkoma zasadami: argumentację podporządkowuje konsensusowi, zakłada jedność desygnatu, parytet między partnerami oraz przynajmniej pośrednie przyznanie, że chodzi o grę.

Problemem jest w tym kontekście uprawomocnienie wiedzy jako gry. Jak zauważa Lyotard, jeśli wiedza naukowa spróbuje uprawomocnić się sama, wpadnie w pułapkę petitio percipi: będzie dowodzić czegoś, co musi założyć. Jeśli zaś uprawomocniającym czynnikiem będzie miała być wielka narracja (język pozanaukowy: dokładniej prenaukowy), postawi się poniżej przesądu. W "Kondycji ponowoczesnej" czytamy wprost: "nauka, która nie odkryła swojej prawomocności, nie jest prawdziwą nauką i spada do niższej rangi, do poziomu ideologii lub narzędzia władzy" (113).

Dotychczas - przed epoką ponowoczesną - wiedzę legitymizowano dwojako. Politycznym uprawomocnieniem był praktyczny, racjonalny lub etyczny wymiar wiedzy, której posiadanie prowadzić miało do stwarzania się lepszych ludzi, wyższego typu człowieczeństwa lub państwa. Drugim torem była legitymizacja filozoficzna, mówiąca o wartości wiedzy jako takiej, samej w sobie. Ponowoczesność - i rzeczywistość informacyjna jako jej efekt - nie ma już takich dylematów. Jedynym uprawomocnieniem jest skuteczność. Jak pisze Lyotard, "akcent przeniósł się na środki działania raczej niż na cele". W kontekście koncepcji wszechobecnych gier językowych i wytrąconej z piedestału wiedzy, warto spojrzeć na sposób pisania, jaki Jean-Francois Lyotard zaproponował w "Kondycji ponowoczesnej"... Moim zdaniem, jest to bardzo wygodna, ale i arcytrudna pozycja "mędrca". Lyotard - co w kontekście jego rozważań jest całkowicie oczywiste - także proponuje czytelnikowi swoistą grę językową. Z jednej strony, jest on filozofem, wobec czego jest zmuszony odnieść się do kontekstu filozoficznej gry językowej, z całą terminologią i uzusem tej rzeczywistości semantycznej i syntaktycznej. I Lyotard to robi z wdziękiem: nawiązuje do całej tradycji filozoficznej w sposób doskonale subtelny, nie epatując ani terminologią, ani erudycją utrudniającą lekturę. W "Kondycji ponowoczesnej" równolegle z główną narracją toczy się druga gra - przypisy są ewidentnie skierowane do czytelnika-gracza potrafiącego i chcącego nawiązać ten kontakt. Jednak temat - zawarty przecież w podtytule i jasno sprecyzowany (również w postaci wymienienia zleceniodawców tekstu) - "Raport o stanie wiedzy" wymusza wprost użycie metajęzyka. Jeśli wiedzę skojarzyć z wiedzą naukową, autor musiał przejść na język nie-naukowy. I to również udało mu się znakomicie: balansując między językiem potocznym, a przejrzyście wprowadzaną terminologią filozoficzną, ekonomiczną, antropologiczną, socjologiczną, lingwistyczną Lyotard stworzył wyrazisty, własny metajęzyk do opisu językowej gry wiedzy.

I w tym chyba najpełniej wyraża się ponowoczesność...

Wstecz