Gdzie pieniądze być powinny. (Polemika)
Mój szanowny kolega pisze, że pomysł na świetlistą drogę zamożności naszego kraju jest prosty jak konstrukcja cepa: wystarczy skutecznie zabrać ludziom należne państwu podatki, a w konsekwencji zaufać krystalicznie uczciwym i kompetentnym politykom oraz tabunom rzetelnych i merytorycznie błyskotliwych urzędników, że te pieniądze zostaną spożytkowane w najlepszy możliwy sposób. Niestety, jest to droga, którą idzie praktycznie każde socjalistyczne państwo. Droga, moim zdaniem, ślepa.
Państwo, obok wielu innych funkcji, pełni również rolę wspólnotową pod względem gospodarczym. W praktyce oznacza to tyle, że pewną daninę aparat skarbowy zabiera każdemu pracującemu obywatelowi. Tworzy się w ten sposób wspólny worek, którym administrują kontrolowani przez ogół (już nie tylko podatników, a szerzej: wyborców) urzędnicy. Głównym, a moim zdaniem jedynym, celem na który te wspólne pieniądze winny być wydane są inwestycje niemożliwe do zrealizowania przez poszczególnych podatników, czyli obrona granic, utrzymanie porządku w państwie, prowadzenie polityki międzynarodowej, inwestycje infrastrukturalne. To są wydatki konieczne. Idąc dalej, zaczynają się schody.
Co jeszcze?
Oprócz powyższych celów, na które wydawane są nasze pieniądze polscy podatnicy finansują między innymi pomoc dla osób pozbawionych z różnych przyczyn możliwości samodzielnego utrzymania się, naukę, kulturę, media publiczne (a przez płatne reklamy również część prywatnych). Trudno się nie zgodzić, że wiele sektorów aktywności obywateli - jak choćby wysokospecjalistyczna, a niedochodowa wprost działalność naukowa, bądź najbardziej wysublimowane instytucje kultury - pozbawionych pomocy wszystkich podatników natychmiast musiałoby zakończyć działalność. Przedsięwzięcia będące w żywotnym interesie państwa i/lub obywateli powinny - rzecz jasna za ich wiedzą i zgodą - być finansowane ze wspólnego worka. Ale czy w takim zakresie jak obecnie?
Na głowie
Kolega Szołucha sugeruje, że problemem polskiej gospodarki nie są wysokie podatki (zarówno jawne, jak i ukryte np. w szeroko pojmowanych kosztach pracy), ale ich ściągalność. Trudno się nie zgodzić, że państwo chcące być przez obywateli traktowane poważnie, musi być skuteczne. Nawet najbardziej idiotyczne prawo (jak choćby obowiązkowe ubezpieczenie emerytalne) musi być przestrzegane bez żadnego pardonu. Tym niemniej, idę o zakład, że w pierwsze setce największych dłużników podatkowych będzie co najmniej 80 procent przedsiębiorstw państwowych, lub przynajmniej ze znaczącym udziałem własnościowym skarbu państwa. Okaże się wówczas, że fiskus w swej pazerności sam sobie nalicza odsetki od własnych długów. Ale to wariactwo ma swoją metodę...
Teoria spiskowa
Państwo zadłuża się na potęgę nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że jest to w interesie kasty urzędników żyjących na nasz koszt jak pączki w maśle - taką, nieco spiskową teorię można bronić. Skoro niedochodowe, źle zarządzane, utrzymywane kompletnie bez uzasadnienia ekonomicznego przedsiębiorstwa państwowe zadłużają się u fiskusa nie płacąc podatków (dochodowych, ZUS-u, akcyzy itp), to trudno o inne wytłumaczenie tego stanu rzeczy. Trzeba być idiotą, żeby nie chcieć jak najszybciej pozbyć się tego balastu: sprzedać, sprywatyzować, przekazać spółce pracowniczej (jeśli będzie chciała), zamknąć. W ostateczności: zaorać i zrobić place zabaw dla dzieci. Ale wówczas zniknęłyby miejsca pracy dla prezesów, dyrektorów, członków rad nadzorczych, inspektorów ministerstwa finansów, urzędów skarbowych, komorników.
Dać oddech
Pogląd, jakoby człowiek z natury był bezmyślną oraz pozbawioną wyobraźni i zdolności planowania przyszłości istotą jest sednem socjalizmu. Zgodnie z tą doktryną należy więc jak najszybciej zabrać mu jak największą część wypracowanego dochodu (bo jeszcze zgubi? przepije? schowa w skarpetę po czym zakopie w ogródku?) i za niego zdecydować na co te pieniądze wydać. Oczywiście, po drodze znacząca (większa?) część zabranej kwoty musi być przeznaczona na utrzymanie jedynych rozsądnych - urzędników, polityków itp.
Tymczasem jest oczywiste, że swoista dyktatura fiskalna jaką mamy w Polsce prowadzi głównie do... obchodzenia lub łamania prawa. Trudno się dziwić, że przedsiębiorcy i pracownicy, którzy jeszcze nie stracili instynktu samozachowawczego i zwykłego rozsądku wolą samodzielnie decydować o sposobie i celu wydawania własnych (!) pieniędzy.
Równanie jest proste: im mniej pieniędzy w budżecie państwa, tym lepiej. Bo więcej zostanie w naszych kieszeniach, a administracja będzie musiała tak zreorganizować swoje wydatki, żeby wciąż efektywnie realizować przedsięwzięcia, do których została powołana.
Tak więc niskie podatki są w interesie wszystkich, oprócz może części twardogłowych urzędników, do których - raczej ze względów doktrynalnych - nie może trafić truzim, że zmniejszenie podatków wpływa wprost proporcjonalnie do zwiększenia dochodów budżetowych...
Kończąc...
Pogląd jakoby receptą było nie ograniczanie wydatków państwa, a zwiększenie "dojenia" podatników jest wprost propozycją suicydalną. Poważni ekonomiści mówią jednym głosem: koniecznie trzeba obniżać obciążenia fiskalne. Jak pisała "Gazeta Prawna", zdaniem Arkadiusza Michaliszyna, prawnika z CMS Cameron McKenna, w państwach zachodnich punkt, po którym dalszy wzrost obciążeń podatkowych powoduje już tylko zmniejszenie wpływów budżetowych, został przekroczony wraz z przyjęciem koncepcji opodatkowania obywateli progresywnymi podatkami dochodowymi. Dorzucenie do tego VAT z końcem lat siedemdziesiątych pogłębiło tylko ten stan. - Rewolucja podatkowa rozpętana przez kilku odważnych ekonomistów z Estonii i Słowacji pokazała dobitnie, że król jest nagi. Śmiałe cięcia w stawkach podatków nie spowodowały ubytków w dochodach państwa, a wręcz przeciwnie. Raport komisji potwierdza, że krzywa Laffera nie jest wymysłem liberalnch ortodoksów, ale teorią doskonale opisującą rzeczywistość ekonomiczną - dodał Arkadiusz Michaliszyn.
Po co więc wyważać otwarte drzwi, skoro recepta na finansową zapaść państwa jest na wyciągnięcie ręki?
Wstecz
|