Kilka opublikowanych tu i ówdzie recenzji literackichBiały pokój"Bóg zapłacz!" Włodzimierza Kowalewskiego może być uznane za najważniejsze przedstawienie pokolenia ludzi dorastających w latach 70 wieku realnego socjalizmu. Niewielu autorów sięga po historię najnowszą, jeszcze mniej potrafi intrygująco ją opowiadać. Kowalewski jest wyjątkiem. "Bóg zapłacz!" jest opowieścią o generacji dzisiejszych 40-50 latków, którzy żyjąc w roku 2047 są świadkami upadku starego świata. Upadku metaforycznego, ale też dosłownego - zbudowane w czasach PRL blokowiska rozsypują się grzebiąc mieszkańców. Reszta społeczeństwa, "nowi ludzie" nie są zainteresowani angażowaniem się w ratowanie starych - by mogło rozkwitać nowe, stare musi umrzeć, im szybciej tym lepiej. O tym nowym pokoleniu autor pisze z przekąsem: "rozpaliło w sobie niebywałe pokłady energii. Wygrywało konkursy o stypendia, urządzało rankingi wyników, wielkim szpanem było nie miewać w ogóle wolnego czasu i nie rozstawać się z laptopem". Główna akcja powieści toczy się w Szpitalu Nieustającej Pomocy w Olsztynie. Nieustająca Pomoc polega na... dobrowolnej, "cywilizowanej" eutanazji ludzi starego pokolenia, którzy dochodzą do wniosku, że nie pasują do nowych czasów. Główny bohater, Ireneusz Słupecki jest jednym z pacjentów. Słupecki jest człowiekiem zwyczajnym. Nie osiągnął w życiu niczego specjalnego, niezbyt ma co wspominać w ostatnich chwilach. W szpitalu spotyka jednak idola swojej młodości, rockowego gwiazdora, którego życie, pozornie barwniejsze i ciekawsze, w rzeczywistości było identyczne. Obaj skutecznie oszukiwali samych siebie. Chwilami masochistycznego wytchnienia stają się dla Słupeckiego rozmowy z lekarzem przygotowującym go do podjęcia ostatecznej decyzji. To właśnie ów lekarz zdecydowanie przekreśla jakiekolwiek pozytywne strony starego pokolenia, po którym pozostały jedynie "kompletny bałagan etyczny i nieustające triumfy kłamstwa". Zdegenerowane pokolenie, według lekarza nowych czasów, wydawało na świat coraz bardziej zdehumanizowanych potomków - "odruchy zamiast myślenia, szczekanie zamiast języka, bluzgi zamiast metafor, wrzeszcz, kop, lutuj w ryj - prosta recepta na egzystencjalne subtelności". "Bóg zapłacz!" nie jest jednak czarną wizją przyszłości, albo nie tylko tym. Żeby nie zdradzać fabuły - na tym "najczystszym ze światów" też pojawią się rysy. Włodzimierzowi Kowalewskiemu udało się stworzyć gorzką opowieść zmuszającą do myślenia. Wszystkich - pokolenie opisywanych w książce dzisiejszych 40-50 latków, ale też młodych budowniczych przyszłego świata.
Miało być zabawnieDziwne rzeczy się dzieją z polską literaturą, tą najbardziej promowaną w popularnych mediach. Aż trudno uwierzyć, tak łatwo dajemy się przekonać, że prostactwo i brak warsztatu w połączeniu z indolencją jest zaletą pisarza... Wszyscy pewnie pamiętają ubiegłoroczną histerię zachwytów nad totalnie grafomańskim wylewem pewnej nastolatki z Wybrzeża. Po perwersyjnie pozytywnych, ba - entuzjastycznych recenzjach w ogólnopolskich mediach popularnych, po namolnej promocji w periodykach kolorowych i takiejż publicznej telewizji, nikt nie miał odwagi ze śmiechem krzyknąć, że król jest nagi... Teraz trwa olbrzymia kampania promocyjna książki "Finimondo" Piotra Siemiona, prawnika, tłumacza. W podtytule powieść ma adnotację: "komedia romantyczna". Winna więc być lekka, przyjemna, oczyszczająca na swój nieco infantylny sposób. Rzecz się dzieje tu i teraz (no prawie - w 2001 roku w Warszawie). Są perypetie romansowe, bijatyki i pościgi, jest spisek i są "momenty". Niby wszystko, czego można oczekiwać od dobrej komedii romantycznej. A jednak autor czując na plecach oddech czasów pokusił się na "pogłębienie" swojej historii. Mamy więc także świat polityki, kulisy kreatywnej księgowości, tajniki korupcyjnych prywatyzacji. No i niestety - tego ciężaru Siemion już nie udźwignął. W dodatku zamiast się godnie i hucznie przewrócić, stęka robiąc średnio zabawne miny... Żeby uratować "Finimondo" potrzebni byliby przynajmniej wyraziści bohaterowie. A my dostaliśmy zastęp drewnianych postaci: jeśli przedstawiciel lewicy, to komunista od piątego pokolenia - bezrefleksyjny beton partyjny, jeśli prawicowiec - to koniecznie nacjonalista. A wszyscy to złodzieje. Siemion uwielbia tworzyć jednowymiarowe postaci, żadna nie ma odcieni, które mogłyby zakłócić statyczny, czarno-biały świat powieści. Rozumiem, że to nie miała być z założenia wysoka literatura dla wyrafinowanego czytelnika, ale mam wrażenie, że i czytelnicy wychowani na Harlequinach nie znajdą w powieści Siemiona zbyt wiele literackiej przygody... Trudno powiedzieć dla jakiego czytelnika jest "Finimondo". Można się domyślać, że miało być dla wszystkich. Wyszło dla nikogo...
Miasto według Krzysztofa L.Po latach - dosłownie - starań ukazała się nakładem wydawnictwa "Kartki" książka dwóch przyjaciół: poety Krzysztofa Lutowskiego i czarodzieja aparatu fotograficznego Rafała Budzbona. "33 wiersze. 10 fotografii" to bardziej dokument, niż kamyczek na podwórko literacko-fotograficzne. Krzysztof Lutowski jest poetą wybitnie niespełnionym. Publikował w wielu, czasem bardzo uznanych pismach, a jednak na swoją autorską książkę musiał czekać dosyć długo. Szczęśliwie jego poezja nie straciła przez ten czas ani grama świeżości. "33 wiersze" pochodzą z lat 1994-1999. Od tego czasu oczekiwaliśmy na tę książkę. Długo. Ale było warto... Lutowski obraca się generalnie wokół stylistyki twórców amerykańskiej fali beat generation. Gdyby przenieść kontekst choćby "Teraz wiem" na grunt nowojorskiej bohemy mielibyśmy wręcz kalkę werbalnych wylewów Allena Ginsberga, bądź Jacka Kerrouaca. To nie jest zarzut - Lutowski pisze o nas, ludziach około trzydziestki, dorastających między Odrą i Bugiem, zagubionych nieco w czasach królujących "gównopijów" jak nazywa młodych yuppie jego troszkę starszy kolega Wiktor Pielewin. Orbitujący między beat generation a Jackiem Podsiadło, Krzysztof Lutowski pokazuje nam scenki rodzajowe, widziane na jego, bardzo osobisty sposób. Cykl "W szatni" - powstały, gdy autor faktycznie pracował w znanym onegdaj bydgoskim klubie "Sanatorium" - to doskonały przykład poezji obserwującej, analizującej, choć niekoniecznie podającej wyniki tejże analizy. "Nad ranem w knajpie / puszczają Dead Can Dance / i śmierć rzeczywiście tańczy. / W krótkiej, kurewskiej miniówce" - bez upiększania Lutowski nie waha się nazywać po imieniu swoich knajpianych lustracji... "33 wiersze" to pozycja bardzo bydgoska. Osadzona dokładnie "tu i teraz". Jak w mozaice przeglądamy przebłyski flirtu między miastem i człowiekiem troszkę zagubionym w bliskim, ale równocześnie obcym świecie. Bez buntu, bez histerycznych prób wyrwania się z rutyny, wbity w życie, czasem zniesmaczony pyta "jestem, czy mnie nie ma?" Może najmniej interesujące literacko są wiersze bardzo zbliżone do tego, co od lat tworzy wspomniany Jacek Podsiadło. "Na zegarku mam piątą rano. / Po raz kolejny podchodzę do okna, / przecieram szybę ręką. / Park, pierwsze samochody, / autobusy." Ani to odkrywcze, ani intrygujące. Szczęśliwie tego typu rzeczy pojawiają się w książce zdecydowanie rzadko.
|