skrzat siedzi w pokoiku i obgryza brudne paluchy

nawet nie zapytasz, jak się czuję...? przecież to było twoje ulubione zajęcie, gdy cisza między nami uderzała cię znienacka w delikatne nozdrza... a teraz nagle przestało cię to obchodzić. idziemy własnymi ścieżkami do światła, ostentacyjnie odwracając głowy od swych dziupli. mimo to przechowywane wciąż fotografie świadczą o emocjach, których nie sposób zapomnieć, choć można zagłuszyć. nawet skutecznie. nawet bardzo. nie odkładaj, nie zamykaj jeszcze tej historii. to opowieść o tobie, także, ale bardziej interesujące - wybacz - jest to, co zwykle zasłaniałaś. to co zostaje nie jest nigdy mniej ważne, od tego, co odchodzi. a to ty odeszłaś, pamiętasz?

to ty przyjęłaś mnie wówczas, gdy robotnicy klękali przed kulami, a płyty led zeppelin były szczytem marzeń garstki melomanów. potem pokazałaś mi czołgi na ulicach zamiast teleranka i aksamitny przewrót, który przecież niczego nie przewrócił. na koniec dałaś mi posmakować paszportu, telewizji i pustej lodówki. nadzieję zabrałaś razem z przedstawieniem mi najważniejszych ludzi decydujących o tym, co mam pisać i czytać w przerwach między kolejnymi kłótniami z przemijającymi jak wiosenna grypa kobietami... a pamiętasz jaki byłem szczęśliwy planując nasze wspólne życie gdzież na podbydgoskiej wsi?

rozbudziłaś mnie, rozpaliłaś bardzo młodą i chłonną wrażeń głowę, a potem jednego wieczoru w knajpie przy kawie zabrałaś to wszystko. może chciałaś dobrze, może pragnęłaś wolności, szczęścia. może to miała być ta droga. myliłaś się i doskonale o tym wiedziałaś już wtedy. albo kilka minut później. rozebrałaś, rozsypałaś delikatnym dmuchnięciem całą tę papierową wizję. a pamiętasz, jak mówiliśmy, że jesteśmy wyjątkowi, jedyni, niepowtarzalni i wieczni? jak upierałem się, że jestem nieśmiertelny? teraz już coraz mniej w to wierzę.

teraz już

przekonuję się każdego dnia, że umieram - niedostrzegalnie, po kawałku, metodycznie i nieodwracalnie odchodzę. tak jak odeszłyście wy wszystkie. umieram tak, jak po kolei umierałyście wy. jak umieracie w moich wspomnieniach, słowach, snach, marzeniach. wtedy jest łatwiej, wtedy tak nie boli. tylko czasem - gdy umieracie naprawdę. wtedy jednak dotykam swojego ciała i patrzę, jak umierając zabieracie moje kolejne fragmenty, a mozaika zmieniając się wciąż trwa. myślisz, że tego nie widzę? uśmiecham się pod nosem, bo wiem, że przechytrzyłaś mnie. nie pokonałaś, nie przejęłąś i pociągnęłaś za sobą, ale właśnie przechytrzyłaś. rozebrałaś i uciekłaś z olbrzymim rumieńcem wstydu i roztrzęsionymi rękoma. myślisz, że tego nie widziałem? widziałem to wiele razy, choć nigdy - jak sądzę - nie dałem po sobie poznać, że zauważyłem ten kawałek, malutki kawałeczek człowieczeństwa, jaki w tobie cudem się uchował.

wiem to wszystko. a jednak tęsknię... do marzeń przede wszystkim, do snów o spokoju, o domu, który budowalibyśmy, gdybyś nie zniszczył wszystkiego w alkoholowych oparach absurdalnego poczucia władzy, siły, wszechmocy. tęsknię do dzieciństwa, które przecież mogło, powinno być tak cudowne - wiesz, zabawy z tobą, płacz radości podczas kolejnego wspólnego łowienia ryb, które mogłyby wzbudzić tak potrzebny mi szacunek wśród kolegów.

a pamiętasz, jak czekałem na ciebie każdego dnia, a ty wracałeś z bukietem wyzwisk? pamiętasz? cieszyłem się, gdy umierałeś. razem z ostatnimi twoimi rzeczami wyszedł z domu niespokojny sen, który codziennie musiał mi przypominać o twoim istnieniu. a mimo to tęsknię. rozpadłeś się na moich oczach, patrzyłem jak umierasz i chciałem by stało się to jak najszybciej. żebym przypadkiem nie zapamiętał zbyt dobrze tego, co potrafiłeś mi przekazać.

rozpięty na konarach czekam na ciebie, ciesząc się, że już nie przyjdziesz.

a pamiętasz jak dobrze mi się przy tobie pisało? słowa wręcz wymuszały swoją obecność. pisałem dużo, pisałem dobrze. kiedy tylko czułem cię mniej, płakałem. początkowo cieszyłem się, że mam pewien okres za sobą, ale szybko szlochałem za tobą jak opuszczone dziecko pod olbrzymim sklepem świata. teraz, gdy już nie żyjesz, jest mi lepiej. a jednak można żyć bez pisania. teraz gdy już cię nie ma, nie rozpaczam, nie zapijam samotnych wieczorów, nie walczę histerycznie z tą pustką, jaka po tobie została. nie muszę. choć tęsknię jak nigdy wcześniej. wciąż wyobrażam sobie życie przy tobie. dobrze że nie żyjesz. tylko żar pustej łazienki przypomina...

nawet nie zapytasz, co u mnie słychać? przyjmowałaś mnie zawsze z otwartymi ustami, chropowatym ramieniem otoczony bezpiecznie spacerowałem pomiędzy betonowymi skałami, z których - jak z dziupli - wylatywały pisklęta w sportowych butach. pamiętasz te flirty w środku nocy, w sercu, gdzie zbłąkane dusze rozpamiętywały niegodne wspomnień kobiety? pulsowałaś, drżałaś przy najlżejszych pieszczotach, których ci przecież nigdy nie skąpiłem. roztoczyłaś przede mną wizję spokojnego, choć zupełnie onirycznego rajdu do kresu możliwości percepcji. czasem czułem cię bardziej - jak wtedy, gdy upadłem twarzą na twe kamienne stopy, czasem mniej - gdy opuszczony pielgrzymowałem z przystani do przystani w poszukiwaniu obiecanych koszy południowych owoców. teraz nie czuję cię w ogóle. umarłaś nagle w silnych, choć przerażonych swoją rozpaczliwą ignorancją pięściach i butach pijanych nieszczęśników. gdzie jesteś? wciąż ocieram się o twoje martwe i puste, choć podobno perfekcyjnie koncentryczne przestrzenie. nie czuję nic. oprócz żalu. nie słyszałem pieśni żałobnej, konduktu rytmicznego stukotu. tylko ja czasem płaczę cichutko...

nawet nie zapytacie jak się czuję? byliśmy tak blisko, jak tylko może być człowiek blisko człowieka. pamiętacie te wspólne noce spędzone na kłótniach o hegla i granice anarchosyndykalizmu? jacy my wszyscy byliśmy wówczas szczęśliwi... dotykaliśmy absolutu i wspinając się nie uznawalismy możliwości końca. żadnego końca. co wieczne, nie ma prawa schnąć tak, jak wyschły nasze serca. pamiętacie jak sobie przysięgaliśmy, że zmienimy świat? zmieniliśmy tylko kawałki siebie, a i to jak się okazało było tylko kaprysem niedojrzałych głów. umarliśmy, wszyscy umarliśmy. zatraciliśmy się w trybach najgorszych koszmarów. zmieniliśmy sny o potędze na alkoholowe bełkoty, ćpuńskie seriale i finansowe marzenia o szczęściu. zostało nas tyle, ile miało zostać ze świata. umarliśmy w milczeniu, nawet nikt z nas nie zauważył. na zawsze zimni. jedyni i zimni...

nawet nie zapytasz
nawet nie ma o co

zamknij okienko