Bez znaku równości

Humanizm europejski przekonuje nas, że ludzie są równi: mają takie samo prawo korzystania z dobrodziejstw świata. Jednak faktycznie realizacja tego prawa jest uwarunkowana tym, czy wszyscy członkowie danej społeczności będą mieli równy start w dorosłe życie. Jaki on będzie, zależy w znacznej mierze od tego, co młody człowiek wyniesie ze szkoły. Tymczasem od kilku lat ośrodki badania opinii publicznej twierdzą, że ponad 60 procent rodziców z różnych powodów - główną przyczyną jest oczywiście bariera finansowa - nie zapewnia swoim dzieciom żadnych zajęć pozalekcyjnych. Niektóre szkoły zaczynają dopasowywać organizację zajeć lekcyjnych do możliwości finansowych rodziców. Powstają klasy "lepsze" i "gorsze". Szkoły prywatne od ponad dziesięciu lat wygrywają rywalizację o najzdolniejszych uczniów. Czy może tylko o tych, którzy pochodzą z najzamożniejszych rodzin?

Zło konieczne?

W "Psychologii tłumu" Gustaw Le Bon napisał: "Herbert Spencer i wielu innych wybitnych myślicieli wykazali bez trudu, że oświata ani nie umoralnia ludzi, ani ich nie uszczęśliwia, ani wcale nie zmienia ich odziedziczonych po przodkach instynktów i namiętności - a nawet gdy jest źle pokierowana, może stać się szkodliwa i często zgubna". Daje jednak wiedzę. Dzisiaj już niewielu twierdzi, że szkoła ma wychowywać. Ma po prostu dać jak najgłębszą wiedzę, jak najlepsze umiejętności. Przygotować do startu w dorosłe życie zawodowe. Większość twierdzi, że wszystkich uczniów ma traktować tak samo. Tymczasem jak wynika z badań dr Barbary Murawskiej, w co piątej publicznej szkole podstawowej, uczniów dzieli się na klasy w zależności od tego, ile zarabiają ich rodzice i gdzie pracują.

Wyniki tych badań i szum medialny który wywołały, spowodowały, że sprawą zainteresowało się Ministerstwo Edukacji. Rząd pracuje obecnie nad "programem walki z segregacją w szkołach". Do końca listopada kuratorzy oświaty ze wszystkich województw mają skontrolować, czy uczniowie nie są przydzielani do klas na podstawie zamożności ich rodziców lub ich wykształcenia. - Nie zgadzam się na podział uczniów na lepszych i gorszych, na tych którzy płacą i nie płacą. Takie działania to naruszenie zapisów konstytucji i ustawy o systemie oświaty - twierdzi minister edukacji Mirosław Sawicki.

Kuratorzy sprawdzą, czy wszystkie dzieci mają równy dostęp do szkolnej stołówki, zajęć pozalekcyjnych i wycieczek. Na podstawie wyników kontroli, ministerstwo przygotuje koncepcję wyeliminowania podziałów wśród uczniów. Czy to w ogóle jest możliwe?

Lepsze i gorsze

Od wielu lat istnieje podział na "lepsze" i "gorsze" uczelnie wyższe. Także od renomy "ogólniaka" zależała zawsze liczba chętnych na egzaminach wstępnych. Te szkoły były wybierane przez rodziców i młodych ludzi, w odróżnieniu od szkoły podstawowej, do której każdy był przydzielany według miejsca zamieszkania. Od kiedy rodzice mają możliwość wyboru podstawówki dla swojego dziecka, zaczęła się liczyć także renoma tychże placówek. W tym roku na jedno miejsce w warszawskiej Niepublicznej Szkole Podstawowej nr 81 Fundacji Rodzice Dzieciom przypadało aż dziesięciu chętnych. W uznawanej za najlepszą podstawówkę w Lublinie - SP nr 6 - pięciu kandydatów starało się o jedno miejsce. Wynika z tego, że równie trudno jest się dostać na studia prawnicze lub informatykę na znanej uczelni, co do cieszącej się renomą podstawówki. Dlatego do najlepszych placówek rodzice zapisują dzieci nawet trzy lata wcześniej. Jak wynika z raportu Centrum Badania Opini Społecznej, aż trzy czwarte Polaków uważa, że szkoła podstawowa ma decydujący wpływ na przyszłą karierę ich dzieci.

Sześć tysięcy

W szkole podstawowej młody człowiek spędza sześć tysięcy godzin. To bardzo dużo czasu, którego nigdy nie można będzie "nadrobić". Trudno też dziwić się rodzicom, którzy nie chcą zdać się w tej kwestii na przypadek. - Mój syn ma cztery lata, ale już zastanawiamy się z mężem, gdzie go zapisać do podstawówki. Przeglądamy rankingi, rozmawiamy ze znajomymi. Jesienią pewnie po prostu pojedziemy do kilku szkół zobaczyć na własne oczy jak wygląda ich baza, jakim sprzętem dysponują, jakie oferują zajęcia dodatkowe. Pamiętam, że sama w podstawówce nie nauczyłam się niczego oprócz ściągania. Nie chcę żeby Mikołaj poszedł tą drogą. Gimnazjum przygotowuje do szkoły średniej, ale nawyk uczenia się, zamiłowanie do wiedzy trzeba zaszczepić wcześniej. Nie chcę żeby chłopak był jakimś "mózgiem", niech ma radosne dzieciństwo, ale przy okazji niech się uczy w dobrej szkole - mówi Adriana Nowak, księgowa jednej z większych warszawskich firm..

Równe głowy?

Tego że mamy równe żołądki już nie słyszymy zbyt często w poważnych debatach, ale to że rodzimy się z równym potencjałem, czasem można usłyszeć. Tymczasem egalitaryzm oświatowy okazuje się kompletnie nieefektywny. Idealnym systemem - według pedagogów - jest ten, który od wielu lat funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych. Koegzystencja szkół powszechnych i elitarnych jest naturalna zarówno ze względu na wolność gospodarczą (oznaczającą również prawo do tworzenia przez przedsiębiorców prywatnych, elitarnych szkół), jak i z powodu aktywności, inwencji samych dyrektorów szkół.

Segracja pomaga!

Choć w naszym kraju na dźwięk słowa "segregacja" od razu podnoszą się głosy sprzeciwu, na świecie coraz popularniejsza jest praktyka dzielenia uczniów na klasy według płci. Na takie rozwiązanie decyduje się wiele szkół w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Kanadzie. Zwolennicy segregacji płciowej twierdzą wręcz, że niedługo szkoła koedukacyjna zostanie uznana za mało znaczący epizod w historii edukacji.

Wśród argumentów za takim rozwiązaniem podawane są przykłady państw, które się o taki eksperyment pokusiły. W australijskich szkołach publicznych, w których zniesiono koedukację, o jedną czwartą wzrosła liczba uczniów zdobywających najwyższe oceny. W Wielkiej Brytanii na liście pięćdziesięciu najlepszych gimnazjów, dopiero na trzydziestym drugim miejscu znalazła się szkoła koedukacyjna.

Odmienny sposób dojrzewania powoduje, że chłopcy są bardziej konkretni i racjonalni, a dziewczęta częściej posługują się empatią. Stąd do piętnastego roku życia chłopcy są lepsi w przedmiotach ścisłych, a dziewczęta w humanistycznych. Dzielenie klas według płci powoduje, że każda z nich uczy się efektywniej tego, w czym jest słabsza z natury. Nauczyciele zwracają też uwagę na to, że w klasach koedukacyjnych o wiele trudniej jest utrzymać dyscyplinę.

Wolny rynek w pigułce

Obok idealistycznego podejścia zakładającego, że głównym zadaniem szkoły (każdego typu) jest specyficzna pomoc, asystowanie w samorealizacji ucznia, istnieje koncepcja bardziej pragmatyczna. Według niej, głównym efektem edukacji ma być jak najlepsze, jak najpłynniejsze wejście młodego człowieka na rynek pracy. A główną cechą "dorosłego" świata jest konkurencyjność. Dlatego najlepsze szkoły uczą współzawodnictwa od pierwszych klas.

Na początku lat dziewięćdziesiątych prywatne szkoły, które chciały uchodzić za bardzo nowoczesne, dość powszechnie rezygnowały ze stawiania klasycznych stopni, na rzecz oceny opisowej. Okazało się, że ta praktyka przyniosła więcej szkody, niż pożytku. Uczniowie tak naprawdę lubią być oceniani. Jeśli ktoś jest słaby z matematyki, to być może zostanie wyróżniony przez nauczyciela plastyki lub wuefistę.

Lepsze, bo prywatne

Wyniki testów kompetencji (sprawdzianów wiedzy szóstoklasistów) udowodniły, że niepubliczne szkoły podstawowe dają lepsze efekty, niż szkoły państwowe. Powodów tego stanu rzeczy jest kilka. Rodzice płacąc więcej wymagają od szkoły, są aktywniejsi, utrzymują bliższy kontakt z nauczycielami. Właściciele szkoły - przedsiębiorstwa mającego przynosić zyski - dążą do tego, by wygrać na wolnym rynku z konkurencyjnymi szkołami. Każdy uczeń, to zysk. Coraz częściej dochodzi do tego, że prywatne podstawówki walczą o najlepszych nauczycieli. Publiczne placówki funkcjonują na nieco innych zasadach...

Szkoły prywatne wygrywają także w najważniejszym teście: sympatii samych uczniów. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Warszawski, ponad osiemdziesiąt procent uczniów uczęszczających do szkół niepublicznych jest zadowolona z nauki. W przypadku szkół państwowych proporcje są dokładnie odwrotne.

Rodzic przy tablicy

Centrum Badania Opinii Społecznej co roku sprawdza, ile Polacy wydają na kształcenie dzieci. Wyniki tych badań potwierdzają potoczną opinię: szanse uczniów na korzystanie z płatnych form edukacji są tym większe, im wyższa pozycja materialna i społeczna rodziny, oraz większa miejscowość, w której mieszkają. Z ubiegłorocznego raportu wynika, ze możliwość uczestniczenia w płatnych zajęciach pozalekcyjnych stwarza swoim dzieciom większość rodziców dobrze oceniających swoje warunki materialne (75 proc.), osiągających dochody powyżej 600 złotych na członka rodziny (60 proc.), mieszkańców dużych i wielkich miast (58 proc.), mających wykształcenie średnie lub wyższe (54 proc.). Im gorsze położenie materialne i społeczne rodzin oraz mniejsza miejscowość, tym mniej rodziców finansuje dzieciom udział w kursach języków obcych, zajęciach sportowych, artystycznych lub informatycznych. Te dzieci są też częściej pozbawione możliwości dokształcania w formie korepetycji i kursów przygotowawczych do kolejnych szkół.

Najgorzej mają dzieci osób bezrobotnych: tylko co piąty rodzic zapewnia udział płatnych zajęciach dodatkowych, co ósmy finansuje naukę języków obcych, a co dziesiąty udział w zajęciach sportowych. Jedynie co setny opłaca kursy komputerowe. Żaden (!) z badanych przez CBOS bezrobotnych rodziców nie finansował w ubiegłym roku swoim dzieciom korepetycji lub kursów przygotowawcych.

Eksperci z Centrum Badania Opinii Społecznej próbowali dotrzeć do przyczyn różnicowania w dostępie uczniów do płatnych zajęć. Oczywiście główną jest zasobność rodzicielskiego portfela, ale nie mniej istotnym powodem jest czynnik kulturowy - aspiracje rodziców dotyczące edukacji dzieci. Rodzice mający wyższe wykształcenie przywiązują większą wagę nie tylko do formalnego wykształcenia swoich dzieci, ale również do rozwoju ich osobowości i mają świadomość, że uczestnictwo w pozaobowiązkowych zajęciach zwiększa szanse dzieci na sukces edukacyjny, zawodowy i życiowy.

Ile Polacy wydają?

W ubiegłym roku prawie połowa rodziców finansujących dzieciom w wieku szkolnym dodatkowe zajęcia (45 procent) przeznaczyła na ten cel nie więcej niż sto złotych miesięcznie w przeliczeniu na jedno dziecko, a niewiele mniej osób (41 procent) - od stu do trzystu złotych. Większe kwoty (powyżej trzystu złotych) wydaje co siódmy rodzic z tej grupy (14 procent).

Wysokość wydatków, jakie ponoszą rodzice na zajęcia dodatkowe dla swoich dzieci, zależy do etapu edukacji i wieku uczniów. Im są starsi i znajdują się na wyższym etapie szkolnej edukacji, tym więcej kosztują rodziców ich zajęcia pozalekcyjne. Najwięcej muszą wysupłać z portfela rodzice młodzieży ze szkół średnich (245 zł miesięcznie na ucznia), mniej kosztują zajęcia gimnazjalistów (189 zł), a najmniej - uczniów szkół podstawowych (155 zł).

Za zajęcia pozalekcyjne płaci 36 procent rodziców. Najwięcej z nich finansuje kursy językowe (prawie jedna trzecia), zajęcia sportowe (17 proc.), artystyczne (co dziesiąty). Osiem procent rodziców opłacających zajęcia dodatkowe wybiera kursy przygotowawcze i korepetycje, a pięć procent kursy komputerowe.

Niepubliczny wydatek

Na posłanie dziecka do szkoły prywatnej stać niewielu. Czesne zależy oczywiście od wielu czynników, nie zawsze jest to nawet poziom szkoły mierzony testami lub uczestnikami olimpiad. Czasem po prostu decyduje wyjątkowość, elitarność placówki.

W szkołach podstawowych i gimnazjalnych, zwykle czesne wynosi od 300 do 600 złotych. Ceny za naukę w szkole średniej zaczynają się raczej od górnego pułapy tych widełek. Są oczywiście wyjątki, jak warszawskie Międzynarodowe Gimnazjum nr 51 prowadzone przez Turków, gdzie roczne czesne wynosi pięć tysięcy dolarów (ok. 18500 zł). Rodzice tamtejszych gimnazjalistów mają jednak pewność, że ich pociechy są uczone przez absolwentów uniwersytetów w Bostonie i Bosforze. Oczywiście zajęcia są dwujęzyczne, po angielsku i polsku, więc o biegłą znajomość języka obcego mogą nie martwić.

Fundacje pomogą

Nie trzeba być dzieckiem bardzo bogatych rodziców, by mieć dostęp do ponadprzeciętnej edukacji. Rodzice mogą się starać o stypendia z wielu fundacji, stowarzyszeń, funduszy.

Jednym z nich jest Fundusz Pomocy Młodym Talentom Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich, który raz do roku przyznaje stypendia dzieciom i młodzieży w wieku 10-17 lat, szczególnie uzdolnionym muzycznie, plastycznie, matematycznie, bądź humanistycznie. Wśród stypendystów znajdują się często osoby niepełnosprawne, pochodzące z małych miast i wsi. Kwestionariusze wniosków można znaleźć u najbliższego kuratora oświaty.

Inną możliwością dla uczniów i ich rodziców jest szansa na stypendium z Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata. W tym roku jedenastu polskich licealistów dostało możliwość dwuletniej nauki za granicą w elitarnych szkołach. Na koszt Towarzystwa.

Miliony nadchodzą

Rodzice, których nie stać na opłacanie dodatkowych zajęć dla swoich dzieci niebawem odczują pozytywne skutki wejścia Polski do Unii Europejskiej. Już niebawem z Europejskiego Funduszu Społecznego i budżetu państwa 176 milionów złotych zostanie przeznaczone na stypendia dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych i studentów pochodzących z obszarów wiejskich lub małych miasteczek oraz dla rodzin znajdujących się trudnej sytuacji materialnej. Stypendia te mają służyć wyrównywaniu szans edukacyjnych. Zakłada się, że z pomocy skorzysta co najmniej 123 tysiące uczniów oraz 15 tysięcy studentów. Maksymalna kwota dofinansowania dla uczniów wyniesie 250 złotych miesięcznie, a dla studentów - 350 zł. Za tę kwotę można sfinansować zakwaterowanie, posiłki w stołówce, zakup podręczników, koszty dojazdu lub czesne w szkole.

Na nierówności: sponsor

Wyrównywanie dostępu do zajęć pozalekcyjnych uczniów danej szkoły jest często możliwe dzięki znalezieniu przez dyrekcję sponsora. Od początku lat dziewięćdziesiątych radykalnie zmieniła się rola dyrektora szkoły, który musiał przeistoczyć się w specyficznego "menadżera oświaty". Wśród jego obowiązków jest między innymi dbanie o dodatkowe, pozabudżetowe źródła finansowania szkoły. Wbrew pozorom znalezienie sponsora nie jest aż tak trudne, a na pewno nie jest niewykonalne.

- Pierwszą poważną darowizną, którą otrzymałam od największego w naszym mieście zakładu, były panele ścienne o wartości 5000 zł. Ilość ta wystarczy do ułożenia w 12 salach lekcyjnych. Panele nie dość, że podnoszą estetykę pomieszczeń, to ocieplają je i niwelują kosztowne malowanie. Układaniem zajmują się konserwatorzy szkolni. Jedyny koszt, jaki poniosłam, to zakup listew montażowych i haczyków. Ten sam zakład podarował nam kserokopiarkę oraz wpłacił 500 zł na realizację zadań związanych z nadaniem szkole imienia i sztandaru. Darowizny te nie spadły z nieba. Wcześniej wystosowałam odpowiednie pisma opisujące naszą szkołę, sukcesy i osiągnięcia uczniów. Po otrzymaniu darowizny zawsze pamiętam o napisaniu stosownego podziękowania i opisaniu wykorzystania lub przeznaczenia podarowanego mienia - zachęca w portalu scholaris.pl innych "menadżerów oświaty" Beata Ceglarz, dyrektor Gimnazjum nr 1 w Szczecinku.

Innym dyrektorom szkół udaje się wynegocjować symboliczne ceny za korzystanie z basenów, boisk, profesjonalnych sal gimnastycznych, siłowni.

Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że te - chwalebne i potrzebne - działania nie rozwiążą nigdy problemu podziału uczniów na "lepszych" i "gorszych".

Nic nowego pod słońcem

Pani Barbara Kamińska, emerytowana nauczycielka historii z Bydgoszczy nie ma złudzeń: - Od kiedy pamiętam, jedni chodzili na korepetycje, a inni nie. Może nie było takiej mody na zajęcia pozalekcyjne jak dzisiaj, ale i różnice w zamożności rodzin uczniów widać było i jest wciąż nawet gołym okiem. Moim zdaniem szkoła nigdy nie wyrówna szans uczniów. Niby jak miałaby to zrobić? Zakazać chodzenia na dodatkowe, pozaszkolne zajęcia uczniom, których na nie stać? Organizować czas dzieciom od rana do późnej nocy, żeby nie mieli możliwości się "wychylić"? To absurd. Co innego tworzenie klas "lepszych" i "gorszych". To oczywiście stoi w sprzeczności nie tylko z konstytucją, ale przede wszystkim narusza godność uczniów. W murach szkoły nikt nie może czuć się gorszy.


Wstecz