scenariusz:

Paweł J. Skutecki

 

tekst:

Juliusz Słowacki, "Lilla Weneda"

 

 

 

 

"Lilla Weneda - ale zadyma!!! (czyli: nudny film o dłubaniu w zębach)"

 

 

 

 

 Prolog

Obszerna grota Wróżki wykopana w ziemi, w ścianach okrągłe dziury, przez które widać pola, lasy i banalnie zachodzące słońce. Gdzieś daleko odgłosy walki. W tle muzyka z płyty Hammerheart grupy Bathory. Zadymione pomieszczenie. Po podłodze biegają szczury. Na środku stół, na którym stoi kryształowa kula. Na jednej ze ścian plakat Iron Maiden z Eddim.

 

Lilla Weneda

Kobieta pod trzydziestkę, ładna, najlepiej Kim Basinger, stylizowana na kretynkę zdrowo chodzącą po ziemi. Ubrana w indyjską sukienkę.

- O, siostro moja, nad czym tak dumasz? Idź lepiej popatrzeć jak się tłuką, zaczaruj zwycięstwo.

 

Roza Weneda

Kobieta stylizowana na odpustową czarownicę: zgrzebna sukmana, włosy brudne i posklejane. Najlepiej Anna Dymna, ucharakteryzowana na nieco młodszą i szczuplejszą, ewentualnie Anka Orthodox,

- Na nic się nie przyda tutaj czar szatana. Fatum jakieś nad głowami nam wisi. Ojczyzna nasza kona i na wieki widzę ją umarłą. tutaj zaczyna lekko się jąkać i obłąkane spojrzenia rzucać, kamera na jej twarz I ty umarła - ja, ja ci zamknę powieki, zimnego piasku w usta nasypię, a w gardło przekleństw, które na tamten świat zaniesiesz - taka moja zemsta!

 

Lilla Weneda

zaniepokojona stanem siostry, badawczo jej się przygląda, mówi ironicznie

- Mówisz i wicher się zrywa tutaj wiatr podrywa jej sukienkę, widać pończochy, poprawia zawstydzona, płacze nade mną biedną. Więc ja mam umrzeć? - teraz, przed weekendem... szlocha teatralnie

 

Roza Weneda

zdegustowana

- Cicho! Czy Bóg ciebie jedną stworzył? Słyszałaś odpowiedź skał. Wyjdź i wprowadź harfiarzy, ja ogień rozpalę.

 

Lilla wychodzi, kamera na dziury w ścianach, po chwili wchodzi z dwunastoma starcami ze złotymi harfami

Roza Weneda

patrzy na jednego z nich z naganą

- Uważaj na harfę, cymbale! Postawcie je lepiej pod ścianą, bo burdelu mi tu narobicie. Mówcie lepiej co z Wenedów ludem.

 

Lilla Weneda

- Co z ojcem i braćmi moimi?

 

Harfiarz

mężczyzna około sześciesięcoletni, z monstrualną siwą brodą, skrzyżowanie świętego Mikołaja z Zygmuntem Kałużyńskim

- Z takim pędem szliśmy na górę, że nam w gardłach zaschło... zerka na butelkę stojącą na szafce

 

Lilla

- Co, gnojki kaprawe, mówić wam się nie chce?!!

 

Harfiarz

- Niestety, niestety...

 

Lilla

dramatycznie wznosząc ręce do nieba

- Wy bezlitosne łajdaki, co z ojcem moim, co z braćmi, żyją???

 

Harfiarz

z łaską

- Żyją, pociesz się, żyją. Ale do niewoli wzięci. Jak lwy walczyli, ale wrogi kupą nadeszli, Janosik by się wymknął.

 

Lilla

z ulgą

- Ja ich uratuję, Bóg mi dopomoże... a wdzięk ułatwi. Niech mnie zawał chwyci jak mi się nie uda!

wychodzi, w powietrzu ulga, starcy, którzy dotychczas stali, siadają, Roza uśmiecha się szeroko, po chwili poważnieje

 

Roza

- Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Co myślicie, Harfiarze?

 

Harfiarze

- Ładnie powiedziane.

 

Roza

- Nie o to pytam, cymbale!

 

Harfiarze

- Z resztą jak najgorzej, przejebane zupełnie.

 

Roza odkorkowuje w końcu butelkę, słychać jęk ulgi, obraz się rozmywa

 

SCENA PIERWSZA

pole nad Gopłem, Lech, Gwinona, Sygoń i Gryf stoją uzbrojeni po zęby (oprócz Gwinony - rzecz jasna, chociaż niekoniecznie), w tle muzyka legionowa, skoczna

 

Lech

około trzyciestopięcioletni, postury Stallone (ale wzrostu kurdupla, co widać dopiero po chwili - gdy wejdą jeńcy), ubrany w skórzany strój wojownika, siada na wysokim pieńku i mówi dłubiąc w zębie

- Zapalić ognie na pobojowisku i jeńców wziętych przyprowadzić! wchodzą Derwid targając wielką harfę i skuci Lelum i Polelum

 

Sygoń

podobny do Lecha, trochę tylko niższy

- Harfy mu nie odebrano, silny jest. To król Wenedów i jego dwaj synowie.

 

Lech do Derwida

- I co myślisz, dziadku, o ludach zachodnich, cywilizowanych? Pochwal

McDonaldsa i zaśpiewaj mi szybciutko coś o coca coli, bo ci czekanem łeb roztrzaskam siwy.

do Lelum i Polelum

- A wy co, szczawiki, cykora macie, że tak łańcuchy wam grzechoczą?

jeden z braci spluwa mu w twarz

- Gdzie mój kat?!! - ten pajac plunął mi w oczy. Większy jest i palma mu rozum zakrywa. Mam nadzieję, że nie wie co robi!

 

Gwinona

kobieta wredna z twarzy, wymalowana kurewsko, najlepiej Kasia Figura albo Demi Moore

- Chcę usłyszeć ich głosy szorstkie, każ im mówić!

 

Lech

- Nie ma się co cackać. Usłyszysz ich jak jęczą.

 

Gwinona

patrząc na harfę

- Ta harfa musi być zaczarowana!

 

Lech

- Na bogów, chyba masz rację. Stary! masz jakieś demony zaklęte w tej harfie?

odpowiada mu cisza Gryfie, odprowadź ich do rzymskiej wieży, jak się wygłodzą, to i głos odzyskają. strażnicy odprowadzają więźniów

 

SCENA DRUGA

cela pustelnika, stylizowana na kształt czaszki, w głębi obraz Bogurodzicy i kalendarz Radia Maryja, półmrok,

 

Święty Gwalbert

około sześciesięcioletni, jeszcze pełen życia, okrąglutki, podobny z twarzy do Gierka, może do Olszewskiego, cały czas ma subtelną aureolę, rozcierając obolałe pośladki

- Splamiłeś moje oczy, mości Ślazie, wlazłem za twoją radą na sosnę. Serce mnie zabolało na widok tej rzezi. Dla odpokutowania będziemy się przed snem dzisiaj biczować.

 

Ślaz

chłopek - roztropek, niewielki, oczka świńskie, najlepiej Dany De Vito - tylko dużo dużo chudszy,

- Et fit voluntas tua.

 

Gwalbert

- Tak, tak, Ślazie. Jego wola, nie moja. Szkoda pogan, byłoby kogo nawracać.

 

Ślaz

- Więc oni wszyscy, Panie, do piekła poszli?

 

Gwalbert

- Widziałeś sam komety czerwone. Goniły za mną aż do Jeruzalem.

 

Ślaz

- Z czego, Panie, są promienie, które nosisz na głowie?

 

Gwalbert

- Są ze mnie, z mojej wewnętrznej wiedzy i z anioła, co w moim ciele pali się tajemnie.

 

Ślaz

- Myślałem, że ci się włosy palą.

 

Gwalbert

- Ergo nie byłyby z duszy?

 

Ślaz

- Panie, jak kot się napuszy, to też mu iskry spod ogona wylatują...

 

Gwalbert

- Są ludzie głupi jak ty, co się trują porównywaniem dwóch natur w stworzeniu.

 

Ślaz

- Panie, wiara jest w moim wątpieniu.

 

Gwalbert

- Wątpienie z diabła jest.

 

Ślaz

pod nosem

- A ja to nie?

pukanie do rozlatujących się spróchniałych drzwi

 

Gwalbert

- Idź-no, Ślazie, zobacz kto do nas stuka.

 

Ślaz otwiera, wchodzi Lilla Weneda, roztrzęsiona, makijaż lekko rozmazany

Lilla

- Niech będzie pochwalony.

 

Gwalbert

gapiąc się baranio na jej pokaźny dekolt

- Patrzcie, to królewna, neofitka moja. Cóż tak rzewna, spłakana, drżąca? puszcza oko do Ślaza i przytula ją

 

Lilla

- Przyszłam do ciebie, ojcze, bo bliscy moi w niewoli. Ojciec i bracia pojmani w bitwy trakcie. Chcę ich uratować, ale nie wiem zupełnie jak, poradź mi... szlocha

 

Gwalbert

- Cóż ja ci poradzę?

 

Lilla

- Blado to widzę. Powiedz, czy Lech może zabić ojca mego?

 

Gwalbert

- To człek srogi.

 

Lilla

- A twoi Bogowie, najwięksi przecie mocarze, pomóc mi nie mogą?

 

Gwalbert

- Bluźnisz, dzieweczko, Bóg jest w osobie jednej.

 

Lilla

- Wiem, wiem, mówiłeś o tym często, nie filozuj. Teraz lepiej powiedz co mam robić?

 

Gwalbert

- Gotowaś ślub czystości uczynić?

 

Lilla

- Jeśli ojca uratować mogę - będę się cała myć choćby codziennie!

 

Gwalbert

- Głupiaś, o większą mi czystość chodzi.

 

Lilla

- Aaa, już rozumiem. Będę więc czysta jak marcowe śniegi.

 

Gwalbert

- Zrób więc Matce Boskiej ofiarę z dziewiczego serca.

 

Lilla

- O! niebios królowo! Oddaj mi ojca, a ja dam Ci siebie jako białego gołębia bez plamki, i nic nie będę więcej pożądała, i nic mnie nigdy na świecie nie splami.

ukazuje się Maria jedząca lody z pudełka, mruczy: obiecanki cacanki

 

Gwalbert

nie widzący zjawy

- Teraz ona będzie z nami. Ślazie, podaj mi kostur. Gdzie obóz tego Lecha?

 

Lilla

- On mieszka w Rzymskiej wieży.

 

Gwalbert

- Na stare nogi droga niedaleka. wychodzą, Ślaz zostaje sam, nalewa sobie coś z butelki, popija siedząc na wygodnym fotelu swojego pana, zapala papierosa

 

Ślaz

- Diabeł mi każe służyć u człowieka, który wegetariańskim żarciem chce mnie zagłodzić. Chudy już bardziej być nie mogę. Mam już dosyć tej nienajzdrowszej sytuacji: punk to punk, raz się żyje! Rewolucja, a po nas choćby Kubańczycy!

chwiejnie wstaje i rzuca niedopałkiem w ścianę, ta od razu się zapala, Ślaz wychodzi z palącej się celi

 

SCENA TRZECIA

Sala w Rzymskiej wierzy, najlepiej kręcić w Malborku, w tle muzyka celtycka, np. Silent, kamera myszkuje po starych ścianach, wchodzi Lech i Gwinona

 

Lech

- Co ja mam z nimi zrobić? Ulec nie chcą, twardzi jak Roman Bratny, co robić żono?

 

Gwinona

dłubiąc w zębie

- Ja radzę zawsze to samo - powyrzynać w pień, nie cackać się!

 

Lech

- Co? Po prostu pozabijać?

 

Gwinona

siarczyście spluwając

- Znowu miękniesz mężu! Nie raz przez to miałeś kłopoty. Niczego cię doświadczenie nie uczy! O dzieciach naszych pomyśl...

 

Lech

- Niby racja.

 

Gwinona

- Popatrz na brata Czecha: on też cię nieźle w konia zrobił.

 

Lech

- Widzę czasem, że mnie w chuja robią..

 

Gwinona

- Kto z boku stoi, ten to widzi zawsze.

 

Lech

- Więc co proponujesz zrobić ze starym Derwidem?

 

Gwinona

- Zostaw to mi - sam jedź na polowanie, czy gdzieś.

 

Lech macha znudzony ręką na zgodę i wychodzi, Gwinona ziewając

- Gryfie, przyprowadź mi tutaj Derwida!

 

wchodzi Derwid z harfą w ręku

Gwinona

- Jeszcze mu harfy nie wzięto?!! Boicie się go jak jakiegoś maga. podchodzi do niego i chce mu wyrwać harfę, on podnosi ją i zamierza się na Gwinonę jakby chciał ją uderzyć

 

Derwid

- Idź niewiasto, bo jak w łeb trzasnę...

 

Gwinona

zdziwiona

- Widzieliście to? Nie zabijajcie go, chcę z nim pomówić. Słyszałam, że masz w harfie zaklętego ducha, zna on przyszłość?

 

Derwid

- Zgadza się, zgaduje on przyszłość.

 

Gwinona

- Każ mu wyleźć, niech go zobaczę!

 

Derwid

- Póki żyję, on z harfy nie wyjdzie!

 

Gwinona

z przekąsem

- A jak umrzesz?

 

Derwid

- Do nieba uleci.

 

Gwinona

- Jak będę chciała, mogę dzisiaj jeszcze ci głowę odrąbać. Chcę zobaczyć tego ducha! Rycerze, przynieście mu coś do picia, może się ożywi. do Derwida Mówię ci zupełnie serio: jak ducha nie zobaczę, to obiecuję ci, że zginiesz!

 

Derwid

- Nigdy, nigdy, przenigdy! Pieśni nie usłyszysz, ani ducha nie ujrzysz! Szmato zaropiała, pierdoło niedołężna, paznokciu złamany! bulgocze mu w gardle

 

Gwinona

- Skończyłeś, starcze?

 

Derwid

- Nie, nie. przełyka głośno ślinę Przeklinam cię na wieki, śmierć ci zza rzeki zsyłam, nigdy nie zaśniesz spokojnie. Piekło całe będzie cię dręczyć i czarci! Boś ty czarta warta!

 

Gwinona

anemicznie

- Ten starzec naprawdę śmierci się doprasza. Wydrzeć mu gały!

 

Derwid

- Czekaj, niech jeszcze raz spojrzę na ciebie.

 

Gwinona

- Precz z nim!

 

Derwid

- Niech teraz na ciebie patrzy Bóg! żołnierze wyprowadzają Derwida

 

Gwinona

- To dziwne, wkurwił mnie ten starzec. Gryfie, zawołaj tu Kraka i Arfona, niech się tą harfą pobawią, a najmłodszemu Gwinonkowi oczy wydarte zanieść, niech się nimi pobawi. wchodzi Święty Gwalbert i Lilla Weneda

 

Gwalbert

sztucznie

- Znajome tu Chrystusa imię?

 

Gwinona

- A ten co za jeden? Kto go tu wpuścił?

 

Gwalbert

- Straż twoja cudem pokonana - drzemie w najlepsze.

 

Gwinona

- Kim ty jesteś starcze?

 

Gwalbert

teatralnie, mocno gestykulując

- Ja ciemne chmury zdzieram z ludzkich powiek i światło niosę dla duszy słoneczne, ja ludziom biednym daję życie wieczne. Ktokolwiek jesteś, schyl przede mną głowę.

 

Gwinona

- Świrownia po drugiej stronie zamkowej fosy się mieści. Znowu jakiś czarownik czy coś?

 

Lilla

do Gwalberta

- Mów, panie, za mną.

 

Gwalbert

- Przyszedłem tutaj w imię Boga, o przygnębionych ludzi się upomnieć. Oto jest córka króla tej krainy, której braci i ojca trzymasz w niewoli. Chciała prosić za nimi.

 

Lilla

- Pani, ja przyszłam prosić za ojcem i braćmi. Nie patrz na mnie srogo, przychodzę pokornie. Przyszłam nogi twoje rosić łzami..

 

Gwinona

przerywa jej

- Za późno przyszłaś.

 

Lilla

- Nie mów, pani, nie mów! Gdzie mój ojciec?!!

 

wchodzi Derwid z wyłupionymi oczami i podnosi ręce nad Lillę

Derwid

- Puśćcie mnie! Chcę ją widzieć krwią i mózgiem. Musi tu być! O, bądź przeklęta!

 

Lilla

ze łzami

- Ojcze, to ja, ojcze...

 

Derwid

- Co? To głos mojej córki, niebiosa! A ja jej nie widzę.

 

Lilla

- Ojcze, tobie oczy wydarto. Ty nieszczęśliwy. do Gwinony Zobacz, pani, jak on cierpi. Boli cię pewnie ten widok, wszak jesteś kobietą.

 

Derwid

- Mój słowiku, cicho bądź! Jędzy nie ruszaj. do Gwinony I co, zadowolona jesteś? Cóż zyskałaś? Zabij mnie, może wtedy radości zaznasz.

 

Gwinona

- Pamiętaj, że mogę w każdej chwili to uczynić.

 

Lilla

- Okrutna pani - śnisz chyba! Takiej władzy nie masz. Wykombinuj potrzykroć śmierć okrutną - trzy razy na próżno czas stracisz. Trzy razy będę ojca zbawicielką - a ty kurwicy dostaniesz.

 

Gwinona

- Dziwne wyzwanie! Już miałam ojca ci oddać, bo mi zupełnie on do szczęścia nie jest potrzebny, ale... lubię takie zabawy. Zobaczymy czyś taka mocna jak mówisz. Gryfie, weź starca, za włosy na drzewie powieś, niech go słońce pali i dziobią kruki; dla większej zabawy niech końcem stopy ziemi dotyka.

 

Lilla

- Toć to barbarzyństwo! Do króla ze skargą pójdę!

 

Gwinona

- A idź.

 

Gwalbert

- Ale jaja...

 

wychodzą, szerokie ujęcie jabłoni z wiszącym Derwidem, kiczowato nadlatuje chmara ptaków, muzyka jak z Hitchcocka, obraz kończy się rozpłynięciem

 

AKT DRUGI

SCENA PIERWSZA

pobojowisko, Roza Weneda w głębi pali kości i śpiewa (zawodzi), ubrana w sukmanę, twarz wysmarowana węglem, kadr szeroki, muzyka Venom "black metal", po chwili przesunięcie kamery na Ślaza

 

Ślaz

zdziwiony lekko klimatem, z debilno-ironicznym uśmieszkiem

- A co tutaj za rzeźnia? Trupów aż się patrzy, pewnie i zombie by się znalazł. zagląda jednemu pod przyłbicę Ten chyba normalny - trup. I na co im było, kretynom ostatnim, tłuc się nie wiadomo za co? zauważa Rozę A to co za wiedźma tajemnicza? Znalazła sobie chwilę na ognisko...

 

Roza

- Cholera czar weźmie przez tego człowieka. Wstydu nie ma - żywy!

 

Ślaz

- Tej to się poprzewracało. Jeszcze mi coś zrobi!

 

Roza

- Wężu, kto ty jesteś?

 

Ślaz

- Dla twych potrzeb, pani, umarły ze strachu.

 

Roza

- Gdzie idziesz?

 

Ślaz

- Wszędzie gdzie każesz waćpani.

 

Roza

- Ja wiem, kim będziesz jesteś: będziesz zabójcą. Mam tutaj sztylet.

 

Ślaz

- Zdrowo jej na łepetynę padło.

 

Roza

- Za krwi rzeką jest dom człowieka. Jego życie tyle co psa żywot warte. Jego zabijesz.

 

Ślaz

- Czy aby na pewno ja to zrobić powinienem? Mam znajomego, z nim pewnie się dogadasz..

 

Roza

przerywając mu

- Ty!!! O świcie go zabijesz, taka twoja misja. Słuchaj - jesteś złodziejem...

 

Ślaz

do siebie

- Jeszcze w dzieci tabun mnie wrobi...

 

Roza

- Złotą harfę mego ojca ukradniesz.

 

Ślaz

- No to świetnie. A banku jakiegoś w pobliżu nie ma?

 

Roza

nie zwracając na niego uwagi

- I masz o nią dbać jak o dziecko. Ta harfa zwycięży narody!

 

Ślaz

- Dobrze.

 

Roza

- Jak coś spartaczysz, to cię znajdę i krótki twój żywot! oddala się powoli, majestatycznie, niknie w dymie

 

Ślaz

- Ukraść harfę i zabić człowieka - niezły dym się szykuje. Wpakowałem się na cacy. Trzeba pomyśleć... kamera na klienta w złotej zbroi Oto co na siebie włożę dla niepoznaki. Może odwagi mi doda. kamera znowu na dym, słychać szamotaninę i głośny jęk, po chwili na Ślaza, ten już w zbroi, w tle - tam gdzie był rycerz w złotej zbroi - golas w zabawnych reformach, No, garniturek przywdziany. Pacjenta dobić - na wyraźne życzenie - musiałem. Jużem zabójcą, szybko poszło. Teraz tylko na dwór Lecha trzeba się wkręcić i za szlachcica uchodzić. Wychodzi z kadru

 

SCENA DRUGA

sala zamkowa, typowe krzyżactwo, przy stole trzymając kielichy siedzą Lech i Sygoń


Lech

- Więc widziałeś, mówisz, jak mój Salmon zginął? Opowiedz jak to było.

 

Sygoń

- Kiedy za ostatnimi Wenedami się puściłeś w pogoń, Salmon na rzucił się na będących na wzgórzu starców z harfami. Pojął już ich króla, kiedy tymi harfami dwunastoma w czerep go zdzielili. Kiedy przybiegłem było już po wszystkim. Leżał martwy, po starcach ani śladu.

 

Lech

- Na Boga! Każda z tych harf odpowie mi życiem za mojego rycerza.

 

Sygoń

- Już się królowa zemściła na ich królu.

 

Lech

- A jakże to?

 

Sygoń

- Drobiazg: kazała mu wyłupić oczy.

 

Lech

wzburzony

- Boże! Toż to fraszka! Harfami mi rycerza zatłukli! Ten kielich trzeba krwią napełnić! Rozbili go jak garnek, rycerza! Zzzzgrozzzza! Sygonie, gdyby mnie taka śmierć spotkała, zaraz zrąb mi głowę. wchodzi Lilla Weneda; z lubieżnym zainteresowaniem A co to za biała Wenedzianka?

 

Sygoń

- To córka starego króla.

 

Lech

- Tego, który mi zabił Salmona?

 

Sygoń

- Tak, panie.

 

Lech

- A czego ona może chcieć ode mnie? Bo chyba nie potomka? rechocze

 

Lilla

zalotnie

- Litości.

 

Lech

- A to pech, bo właśnie na ten rok całą litość już zużyłem. Zgłoś się kiedy indziej.

 

Lilla

- Więc nie miej litości, a sprawiedliwość. Zabiłeś memu ojcu tysiące przyjaciół i rycerzy, a twoja żona pozbawiła go nawet możliwości płakania. Zabraliście mu wszystko. Wszystko oprócz córki. Teraz go jeszcze twoja żona głodzi, idź zobacz jak on wygląda.

 

Lech

- Sygonie, lekko moja Gwinona przesadza jak słyszę.

 

Lilla

- Panie, ona tam teraz przed wiszącym starcem do okrucieństwa zaprawia twoje dzieci. Idź i zobacz tę zgrozę. Nienajlepiej dzieci twoje ta kobieta wychowuje...

 

Lech

- To chyba nic złego, Sygonie, ciutkę mojej lubej podciąć skrzydełek, jak się baba ponad miarę rozhuśtała... wszyscy wychodzą z komnaty

 

SCENA TRZECIA

dziedziniec zamkowy, może znów być Malbork, ale lepszy byłby Kwidzyn, na jednej z bocznych ścian widać Derwida wiszącego na jabłoni, na przedzie Gwinona, Krak i Arfont, wesoła muzyczka celtycka, nastrój pogodny

 

Krak

chłopiec ubrany stylowo, około dziesięcioletni, w koszulce z Mutant Heroes Ninja Turtles

- Mamo, ja już nie chcę w niego rzucać kamieniami. On przestał się ruszać, co to za frajda?

 

Gwinona

- Oj, Kraku, jak wyrośniesz będziesz baba albo hipis!

 

Krak

- To Arfont będzie brudasem i pacyfistą a nie ja! Ja będę rycerzem.

 

Gwinona

śmiejąc się demonicznie

- Ty rycerzem? A jak kazałam ci strzelić do starca z łuku to zcykałeś. Wstydź się, Kraku.

 

Krak

- A co w ogóle ten staruszek ci zrobił, mamo?

 

Gwinona

- Co to nie pamiętasz już Salmona? On cię uczył, a ten stary go zabił. Już nie będzie Salmona.

 

Krak

- Ten stary pryk zabił mojego Salmona?!!

 

Gwinona

- Widzisz? Już ci się krew gotuje. Arfonie, daj łuk braciszkowi, on lepiej strzela niż ty.

 

Arfon

chłopiec młodszy od Kraka, podobny do "Kevina samego w domu", w czapeczce Chicago Bulls, zasmarkany

- Ja sam trafię.

 

Gwinona

z naganą

- Idź pobawić się harfą, daj łuk braciszkowi. Arfon daje łuk Krakowi No, mierz mu w serce, wiesz gdzie to jest?

 

Krak

- Wiem, mamo, bo mi teraz głośno puka. mierzy w Derwida, ten zupełnie się nie rusza, wchodzą Lech, Sygoń i Lilla

 

Lilla

z przestrachem

- Widzisz, panie, chcą mi ojca zabić.

 

Lech

bardzo zdenerwowany, traci prawie panowanie nad sobą

- Gwinona, każ mu łuk opuścić, bo główkę szabelką zetnę jak makówkę. Ojca rozkaz, gówniarzu, zlewasz?!! Łeb ci upierdolę, spuść łuk!!!

 

Gwinona

zażenowana, z udawaną pokorą

- Spuść łuk, Kraku, jak ojciec mówi. A tobie co się stało, żeś taki wzburzony, mężu?

 

Lech

- A jak mam się nie wkurzać?! Jak ma mnie cholera nie brać, kiedy widzę, że moje dzieci wychowywane są jak psy rzeźnika?! Precz mi stąd szczeniaki!!! Gwinona, mam już tego dosyć, każ starca odwiązać!

 

Gwinona

zupełnie zdziwiona, zażenowana i nadąsana

- Ty tu szefem, sam każ go odwiązać.

 

Lech

- Co? Już adrenalinka skacze?

 

Gwinona

egzaltowany słowotok

- Przeklęty dzień, w którym cię poznałam i dałam się uwieść z Islandii, żebym tutaj była niewolnicą twoich odpałów! A mogłam wyjść za Arnolda, albo, tego, no, Stallonego. On by mnie kochał naprawdę. Jak ma tak być dalej, to lepiej każ mnie wygnać. Będę się tułać po świecie, sama jedna. Najpierw dajesz mi tego Derwida, później zdanie zmieniasz... Ty, dziewczyno, wyzwałaś mnie dzisiaj na zakład, że trzy razy ojca swego wybawisz - a kiedy ci się to uda, obiecałam, że ci go oddam. Łatwo wygrać zakład z królową, której mąż jest tak jak mój w zdaniu niestały, który o honor żony nic nie dba. Ciesz się. Jam do obelg nieprzyzwyczajona, żegnaj Lechu. chce odchodzić

 

Lech

- Stój!

 

Gwinona

- Idę z wieży się rzucić.

 

Lech

- Wali cię w głowę??? Nie mamy wieży...

 

Gwinona

- A ta? pokazuje ręką

 

Lech

- A faktycznie, ale przecież to baszta, a nie wieża!

 

Gwinona

macha ręką

- Co za różnica?! pojawia się na ekranie elegancki, około siedemdziesięcioletni profesor i wyjaśnia bardzo długimi słowami różnicę między wieżą a basztą Dobra, dobra. Więc rzucę się z baszty. Jak mnie już nie będzie będziesz mógł, Lechu, słuchać jak ci ten starzec śpiewa o mojej śmierci niezawinionej. Cieszcie się wszyscy. mimo gadania zostaje

 

Lech

- Zupełnie z tobą dogadać się nie idzie. Paplasz coś bez sensu. Idź się, dziecko, prześpij, może ci przejdzie. chce odchodzić

 

Lilla

- Zaczekaj, panie!

 

Lech

- A ty znowu czego chcesz ode mnie?!!

 

Lilla

- Czy więc mój ojciec umrze?

 

Lech

- Przydałoby mu się. Byłby w końcu spokój. Niech go rycerze dobiją i mam to z głowy.

 

Lilla

płacząc

- Ach! Okrutni! Słuchajcie mnie, wymyśliłam sposób na wasze lepsze samopoczucie. Horror zupełnie: macie w niewoli też jego dwóch synów, wybierzcie jednego, dajcie mu topór i niech ze stu kroków rzuci nim w ojca. Co wy na to? Niezła jazda, co?

 

Gwinona

podjarana

- Przyprowadzić tu jeńców.

 

Lilla

- Ale to nie wszystko. Królu, jeżeli mój brat rzuciwszy toporem tylko włosy przetnie między drzewem a ojca głową, więźniów uwolnisz. Obiecujesz?

 

Lech

mierząc wzrokiem odległość

- Ten co takie miki mi pokaże będzie wolny.

 

Lilla

- Obaj?

 

Lech

- Tak, obaj.

 

Lilla

- I mój ojciec?

 

Gwinona

- Ojciec do mnie należy - zbaw go trzy razy, żeby był wolny.

 

Lilla

- Królowo, czy w taki sposób raz ojca zbawić nie starczy? wchodzą skuci Lelum i Polelum

 

Gwinona

- Masz więźniów, pytaj czy się podejmą. Swoją drogą, to nieźle ich wjebałaś...

 

Lilla

- Wy im powiedzcie, ja się lekko cykam.

 

Lech

- Poszła plotka, żeście mistrz topora. Jeśli ze stu kroków któryś z was ojca toporem od drzewa odetnie, uwolnię was obu.

 

Lilla

zaniepokojona brakiem odpowiedzi

- Dla ojca to jedyny ratunek. On kona. Nie bójcie się, on was nie widzi - oczy mu wydarto. Nawet jak chybicie, to przynajmniej szybko umrze, nie będzie się męczył. Polelum, nie bądź cykor. Twardy bądź... Chyba się nie boisz...

 

Polelum

wkurzony wjechaniem mu na ambicję

- Co? Ja nie rzucę? Dawaj tasak!

 

Lilla

- Tylko mu łba nie odrąb!

 

Polelum

ważąc w dłoni topór

- I co dalej?

 

Lech

- Psie, nie celuj we mnie!

 

Polelum

- Mówisz, że trzeba w ojca celować?

 

Lech

- Co taki debilny ryj dostałeś? Zgnijesz w kajdanach, jeśli mnie nie posłuchasz! Polelum rzuca topór na ziemię

 

Lelum

- Bracie, nie wierzgaj! Niewolnikami jesteśmy. Pomyśl rozsądnie: rzucasz świetnie, dasz sobie radę. Przełam się i wal śmiało. Skuci jesteśmy blisko - rzucam z tobą duchem.

 

Polelum

waha się

- Kurwa mać! Ojciec umiera, brat zrzędzi, siostra... aaa, nic. Co mam robić?

 

Lilla

- Zbaw nas wszystkich.

 

Polelum

- A w diabły!!! Daj mi topór! Odwróćcie oczy, nie patrzcie na mnie. Jesteście pewni, że ojciec mnie nie widzi?

 

Lilla

- Oczy ma wydarte, ale palcem nie sprawdzałam...

 

Gwinona

- Boisz się, czyżby?

 

Polelum

- Bezczelna! Ja odwagi mojej się boję! Pokażcie skąd mam rzucać! prowadzą skutych braci na linię rzutu, Polelum komicznie celuje, w końcu przy zamachu topór wylatuje mu z ręki, leci do tyłu, zakreśla elipsę i odcina ojca, kamera na Lillę, schodzi na jej rękę i powiększa pilota, scena się rozmywa

 

AKT TRZECI

SCENA PIERWSZA

sala w zamku Lecha, Lech i Sygoń znowu popijają, Lech znowu dłubie w zębie

 

Lech

- Dziwni ci Wenedzi. Cały czas mam przed oczami ten rzut mistrzowski. Już myślałem, że topór zabije, roztrzaska starca. A rzut był arcycelny. Pewnie będą o Nobla się za niego ubiegać... średnio już pijany Wiesz co, Sygonie najdroższy, toć ja nie jestem gorszy. Stawaj pod drzewem, miecza i oka mojego wypróbujemy...

 

Sygoń

- Lechu, przecie jam łysy!

 

Lech

- Aaa, fakt. To: falstart. Mówiłem ci, że spać dzisiaj nie mogłem? Widmo Salmona wyzywało mnie od najgorszych przez całą noc. słychać trąbkę rycerską, Lech prawie trzeźwieje A to co? Słyszysz róg Salmona? A mówiłeś, że Salmon zginął pod harfami???

 

Sygoń

- Klnę się na Boga, żem go widział trupem!

 

Lech

- Ale to Salmon stoi przed bramą, zobacz sam.

 

Sygoń

- Ten rycerz wydaje mi się trochę chudszy.

 

Lech

- Ślepy jesteś - zbroi nie poznajesz? To Salmon! Chodź przywitamy go. wychodzą

 

SCENA DRUGA

sala ta co wyżej, wchodzi Gwinona

 

Gwinona

- Co ja słyszę? Salmon zmartwychwstał? Teraz, gdy ja takie jazdy Derwidowi za niego urządziłam? wchodzi Lech, Sygoń, Ślaza w zbroi wnoszą na rękach rycerze

 

Sygoń

- Salmon! Niech żyje Salmon!

 

Lech

- O, Gwinona! Witajcie go wszyscy! Kto dzisiaj nie pije - tego we dwa kije! Mów Salmonie, jak ci się udało śmierci spod kosy uciec?

 

Ślaz

- Zaraz opowiem, tylko mnie na nogi postawcie, na moje własne nogi. Tak, jestem Salmon, jestem bez wątpienia. Tylko, że zaczarowany Salmon, lepszy Salmon, niż tamten nie zaczarowany. Jestem Salmona dusza w innym ciele.

 

Lech

- Odsłoń hełm, niech cię zobaczę!

 

Ślaz

- Ba! Hełm także zaczarowany! Klatka przeklęta!

 

Lech

- Co ty pleciesz?!!

 

Ślaz

- Niechaj zginę, jeśli kłamię! Głodny jak pies jestem, a hełm otworzy się, kiedy jemu się spodoba. Nie mam na niego żadnego wpływu.

 

Gwinona

znudzona, macha ręką

- Rycerze, odrąbcie mu głowę, przecież to nie Salmon!

 

Ślaz

- Przysięgam, mości panowie, żem Salmon!

 

Gwinona

- Salmon zabity został wczoraj.

 

Ślaz

- Zgadza się, ja wczoraj byłem zabity na śmierć. Schowajcie panowie miecze, bo jak mnie jeszcze raz zabijecie, to gotowem już nigdy nie żyć! Zabijanie to na raz sztuka, raz mi się udało - drugi może nie wyjść.

 

Lech

- Cóż więc, duchem jesteś?

 

Ślaz

- Schowajcie miecze, to opowiem czym jestem.

 

Lech

- Jeśli nie jesteś Salmon, to z głową nie ujdziesz!

 

Ślaz

- Jestem Salmon.

 

Lech

- Więc mów jak Salmon!

 

Ślaz

- Otóż to jest sztuka mówić jak Salmon kiedym zaczarowanym.

 

Lech

- A któż to rzucił na ciebie takie czary?

 

Ślaz

- Kto? Wczoraj leżałem sobie spokojnie, byłem już przecież martwy, a tu jakaś wiedźma trupy paliła na stosie. Martwemu mi to nie przeszkadzało zbytnio, smród pewnie był okrutny, cóż, martwi powonienia nie mają. Ale kiedy wzięła mnie za nogi i do ognia wrzucić chciała, to krzyczeć zacząłem. Puściła moje nogi, więc wstałem. Jak zobaczyła, że nie umarłem, zaczarowała mnie wściekła. Oczy wyjęła na pamiątkę a włożyła jakieś kocie, szare. Nos też mi inny dała. Jak spuściłem przyłbicę to okazało się, że ten nos jest za duży i otworzyć już nie mogę. I tak to było. Jak chcecie się przekonać co wiedźma z waszym Salmonem zrobiła, to otwórzcie mi, z łaski swojej, tę klatkę.

 

Gwinona

mocuje się z hełmem, w końcu otwiera, z przestrachem

- Oż kutwa!

 

Ślaz

- I jak mnie teraz znajdujecie?

 

Gwinona

- Straszydło chude!

 

Ślaz

- Co chude, to chude! Mój pan został na mnie anatomem...

 

Gwinona

- O jakim znowu panu mówisz?

 

Ślaz

- Jak o jakim? O panu Bogu.

 

Lech

- Ale serca mężnego chyba ci ta wiedźma nie zaczarowała?


Ślaz

- Serca nie było potrzeby - nie wystarczy taki nos, żeby upokorzyć rycerza?!!

 

Lech

z odrazą

- Faktycznie, byłeś najpiękniejszym z moich rycerzy - dzisiaj poczwara z ciebie niewąska!

 

Ślaz

rozochocony

- Dajcie mi tylko coś do jedzenia, jak przytyję to i spięknieję.

 

Lech

- Oby ci Bóg pierwszą przywrócił postać. wychodzą wszyscy oprócz Gwinony

 

Gwinona

- Jacy oni naiwni! Toż to oszust jakiś w zbroi Salmona. Ale mnie nie zwiedzie łatwa mowa i perswazja mistrzowska. A ci durnie, z moim mężem na czele, przekonają się jakimi są debilami.

 

SCENA TRZECIA

pole przy lesie, sceneria jak z "4 pancernych i psa", albo Robin Hooda, muzyka ciężka, może Clannad, Lilla i skuci bracia

 

Lilla

- No to jesteście wolni. Niech Roza rozetnie wam te łańcuchy. Ja idę po ojca. Za trzy dni najdalej wrócę. szlocha Polelum, twoją narzeczoną byłam, teraz jestem śmierci narzeczona i może nigdy cię nie zobaczę. Pamiętaj o mnie. Kochałam cię jak siostra i jak wierna kochanka, żadnego orgazmu nie udawałam... Dzisiaj - idąca na śmierć pozdrawia cię.

 

Lelum

lubieżnie ślini usta

- Jeśli śmierci masz przeczucie, chodź, przedśmiertny weź pocałunek.

 

Lilla

- Harfa naszego ojca jest w niewoli, a ja nie jestem jeszcze zaślubioną, ust moich nie mogę dać ci płonących.

 

Lelum

nie traci nadziei

- Więc rozpuść, Lillo, twoje złote włosy, schowaj się za nie jak za strunami harfy ojcowskiej i niech przez nie dotknę twych ust koralowych.

 

Lilla

- O, nie. Jak prosty gołąb się rzucę na wasze łono... kochajcie mnie, bracia, bo świat już mnie znienawidził. odchodzi

 

Polelum

zatroskany

- Słyszałeś? Ona ma umrzeć... Znowu będziemy musieli sami...

 

Polelum

- Całe piekło we mnie. Nie martw się, za trzy dni wszyscy będziemy niczym.

 

Lelum

- Ty po mnie żywym zostaniesz.

 

Polelum

- Po tobie?

 

Lelum

- Dlatego tak ci na imię wróżka dała - gdy Lelum umrze, żyć będziesz po nim.

 

Polelum

- Więc ja kłam zadam wróżbie - nie będę z waszymi grobami żył w kraju niewoli. Niech mnie słońce spali widząc żywym na brata grobie. Chodźmy do wróżki po radę, jak mamy skonać.

 

SCENA CZWARTA

sala w zamku, jak wyżej, Gwinona, rycerze, Gryf; Gwinona siedzi okrakiem na taborecie i kurzy papierosa, jest zdenerwowana, sukienka pognieciona, makijaż niedbały

 

Gwinona

- Nie, tak dalej być nie może! Przyprowadźcie Derwida i przynieście z mojego pokoju jego harfę. Dopierdolę tej kurewce aż się zmarszczy - mnie na pośmiewisko wystawiać?!!! rycerze wprowadzają Derwida i stawiają przed nim harfę Bliżej go przy harfie postawcie. Widzisz, królu, że mam wolę żelazną, więc słuchaj mnie uważnie: spałam obok tej harfy, cały czas budziła mnie ona swym jękiem - a nic nie mogło jej trącać. Wierzę, że czarować umiecie i żądam: naucz mnie nieżywe rzeczy czarować. Ja za to z twojej córki uczynię królewnę, synowi starszemu zaślubię, ty będziesz teściem królewica. Co ty na to?

 

Derwid

szczerze uradowany

- Harfa jęczała, naprawdę jęczała? Przy tobie stojąc jęczała?

 

Gwinona

- I co z tego?

 

Derwid

- Kto słyszał jęk harfy, we trzy dni skona!

 

Gwinona

- Szalony jesteś? Śmiercią mi grozisz?

 

Derwid

- Ty za trzy dni umrzesz.

 

Gwinona

- Nędzarzu!

 

Derwid

- Trumno!

 

Gwinona

- Nieszczęsny!

 

Derwid

- Śmiertelna!

 

Gwinona

- Mój niewolniku!

 

Derwid

- Trzydniowa królowo!

 

Gwinona

- I tak ciebie przeżyję, skazańcze!

 

Derwid

ze śmiechem

- Jak pies zachrypiałaś od krzyku...

 

Gwinona

- Śliny mam dosyć. spluwa na starca

 

Derwid

- O, bogowie! Dajcie mi oczy, będę płakał.

 

Gwinona

- Ha, coś takiego buraka załapał?

 

Derwid

- Tyś mnie krwią opluła.

 

Gwinona

- Patrzcie, rycerze, co z tego króla zostało!

 

Derwid

- Patrzcie, rycerze, co z tej kobiety zostało.

 

Gwinona

- Ten człowiek kiedyś wzbudzał szacunek.

 

Derwid

- Ta kobieta kiedyś wzbudzała pożądanie.

 

Gwinona

- Rycerze, zlitujcie się nad nim, to człowiek biedny. Harfiarzu, uklęknij!

 

Derwid

- Rzuć najpierw na podłogę swoje czarne serce.

 

Gwinona

- Nudzi mnie już ten stary kłótniarz - daj mu w policzek!

 

Derwid

- Stój! Splamisz sobie ręce - mam twarz przez nią oplutą!

 

Gwinona

- Więc sama mam go bić?!! uderza Derwida

 

Derwid

- Nikczemnico, Bóg cię powali! Pamiętaj o trzech dniach! mdleje

 

Gwinona

zadowolona

- Wynieście trupa i rzućcie go wężom. rycerze wynoszą Derwida Gryfie, ty dopilnuj, żeby do wężowej wieży go wrzucili. Gryf wychodzi Głupie rycerstwo, żaden mi w upokarzaniu nie pomógł. wchodzi Lilla Weneda

 

Lilla

- Pani, gdzie niosą mojego ojca?

 

Gwinona

z przekąsem

- Na śmierć.

 

Lilla

- Powiedz, na jaką śmierć tym razem go skazałaś?

 

Gwinona

- Kazałam rzucić na pożarcie wężom.

 

Lilla

- Wężom?

 

Gwinona

- Spojrzałam wczoraj do jednej wieży, sorry - baszty, która stoi zrujnowana, a w środku węży co nie miara. Błyszczące, pełne ślin, pną się na ściany; głębiej gniazda ich leżą. W tę sykającą ciemność, w te wężowe błoto, w ten straszny ul kazałam rzucić twego ojca.

 

Lilla

- Boże, ty zupełnie zwariowałaś! Głodne węże nie będą miały litości dla niego. Koniec ze mną...

 

Gwinona

- I cóż, gołębico? Żadnego teraz ratunku, nie pomoże tu topór twego brata, nie pomogą twoje łzy - poszarpany i zjedzony między gadami twój ojciec umrze.

 

Lilla

- Ta harfa go zbawi! łapie szybko harfę i wybiega

 

Gwinona

- Harfa? Bierz ją i idź z Bogiem, wariatko. Zagraj na niej ojcu Salve Regina.

 

SCENA PIĄTA

sala jak wyżej, Lech i Sygoń

 

Lech

- Sygonie, ten klient nie jest Salmonem. Pamiętasz jak przy popijawie jeden gość zdzielił go w łeb talerzem? Ten klient widząc krew zawołał: octu! Salmon byłby zawołał: szabli! Wymyśliłem sprawdzian: postawiłem go na straży w bramie, w przebraniu napadniemy go. Jak będzie się bronił, to znaczy, że jest Salmonem, a jak spenia, to każę go powiesić jak psa. wchodzi goniec, mężczyzna w stroju listonosza, z torbą itd.

 

Goniec

- Lechu, nowiny okropne z pola przynoszę! Wenedzi znów rzucają się do broni, Lechon - twój syn najstarszy - zostawiony ze stu ludźmi, został wzięty do niewoli.

 

Lech

- Tylko mi tego, kurwa, Gwinonie nie mówić! Strasznie go kocha. Każ ostrzyć miecze i tarcze łatać! Dobrze, Sygonie, bój zaczęty. Syn mój biedny. Mam nadzieję, że te wściekłe psy jeńca nie będą śmieli zamordować? Trzeba Lechona odbić zanim Gwinona się dowie.

 

Goniec

- Różne krążą przepowiednie o przyszłej walce z Wenedami. Wszystkie wróżby sieje ponoć czarownica piękna i młoda, ta co na łysej górze ma wykopany loch podobny gniazdom rzecznych jaskółek.

 

Lech

- Co to za wróżby, powiedz?

 

Goniec

- Mówią, że wódz ich będzie miał dwie głowy, dwa serca, czworo oczów płomienistych, lecz jeden oszczep i jedną tarczę.

 

Lech

- A co to za problem? Odetnę mu dwie głowy i rozrąbię dwa serca! Lepiej by wyszli, gdyby miał dwie tarcze i dwa oszczepy, a mózg jeden.

 

Goniec

- Gadają jeszcze, że walka będzie oświecona błyskawicami.

 

Lech

- No i luzik, będzie przynajmniej widno.

 

Goniec

- Ta czarownica zapowiada też, że po walce zakryta popiołami zmarłych, po roku urodzi mściciela.

 

Lech

- Te grzybki już jej mózgownicę zupełnie wypolerowały! Dosyć tych bredni, ciemno się zrobiło, chodźmy, Sygonie, wypróbować Salmona męstwo.

 

SCENA SZÓSTA

dziedziniec na zamku, ciemna noc, słychać puchacza, Ślaz stoi na straży, krzyk sowy, ten wzdryga się i nerwowo rozgląda

 

Ślaz

- Trzeba salmoństwo to raz na zawsze skończyć, niebezpieczna to zabawa. I różnych rzeczy wymaga, na przykład: odwagi. Gdybym o tym wiedział, nigdy bym tego żelastwa na siebie nie zakładał. kamera wyłuskuje z ciemności Gwalberta, który sapiąc idzie do bramy O żesz, wyda się wszystko, trzeba spokojnie... słychać stukanie do bramy, Ślaz otwiera i zatrzymuje Gwalberta halabardą u wejścia Ktoś ty?

 

Gwalbert

- Domowi temu niosę pokój.

 

Ślaz

- Idź dalej, pokojów mamy pod dostatkiem.

 

Gwalbert

- Nie rozumiesz, młodzieńcze, niosę pokój jako zrozumienie i miłość.

 

Ślaz

- Więc i tak nie wejdziesz, bo my żyjemy z wojny.

 

Gwalbert

lekko zdenerwowany

- Puść mnie do Lecha, rycerzu, niech cię spiritus sanctus, mówię ci, puść mnie, bo ci spadnie głowa. Ty się wielkiemu sprzeciwiasz cudowi; dziś nad jeziorem matka boska się pojawiła. Ukląkłem, a ona powiedziała: idź, bo stary Derwid kona, córka jego, mój gołąbek, z żalu kona. Tak mówiąc w tęczy się rąbek owinęła postać święta, i uniosła ją anielska sfera z tęczą, z gwiazdami, z tysiącem promieni.

 

Ślaz

ironicznie

- Czemuś nie nabrał tych gwiazd do kieszeni? Mógłbyś teraz zapłacić odźwiernemu.

 

Gwalbert

- Zapłacić? Święci nic nie płacą.

 

Ślaz

- A to czemu?

 

Gwalbert

- Bóg daje wszystko temu, co jest z Bogiem. Nie trzymaj mnie pod zamku progiem, twój upór sługę mego przypomina.

 

Ślaz

- Cóż to był za człowiek?

 

Gwalbert

- At, łajdaczyna!

 

Ślaz

- A teraz gdzie jest?

 

Gwalbert

- Teraz to już pewnie w piekle.

 

Ślaz

- Już w piekle?

 

Gwalbert

- W samym piekle.

 

Ślaz

do siebie

- Hmm... dobrze wiedzieć.

 

Gwalbert

- Miałem łajdaka za sługę, skradł mi wszystko i spalił czaszkę olbrzyma, z której zrobiłem sobie celę.

 

Ślaz

- Co za sługa niewierny!!!

 

Gwalbert

- Bies sługa! Tak szczerze, to myślę, że sam Lucyfer podjął się u mnie służby i oszukał. Choć może nie, na diabła, drogi rycerzu, to on był za głupi.

 

Ślaz

momentalnie na twarzy pojawia się pomysł, uśmiech

- Chodź tu, staruszku święty.

 

Gwalbert

- Dzięki Bogu, poganin zaczął już przezierać w światło, nazwał mnie świętym - do chrztu niedaleko.

 

Ślaz

do siebie

- Już ja ciebie ochrzczę... głośno Przewielebny, już noc, Lech teraz śpi.

 

Gwalbert

- Pokaż mi drogę, ja go obudzę.

 

Ślaz

- Pomyśl - to srogi lew, gotów się na ciebie rzucić i pożreć.

 

Gwalbert

- Więc przybędzie mi wieniec męczennika.

 

Ślaz

- Staruszku, ty masz oczy bazyliszka w świętym czerepie, oczarowałeś mnie. Już gotów jestem zejść ze straży, choć za to można oddać głowę.

 

Gwalbert

- Zrób to, a nagroda w niebie cię nie minie.

 

Ślaz

- Więc oddadzą mi w niebie moją głowę? Nie chcę aureoli i takich tam, chcę tylko swoją głowę, bom bardzo do niej przywiązany. Jeśli przyrzekniesz mi, że jak głowę za ciebie stracę, to ją odzyskam: idę budzić Lecha.

 

Gwalbert

- Przeczuwasz pismo święte nosem... Chrystus mówi, że kto tutaj straci dla mnie duszę, odzyska ją niebawem - czy jakoś tak to było...

 

Ślaz

zaniepokojony

- A o głowie Chrystus nic nie mówi?

 

Gwalbert

- Głowa jest niczym, gdzie chodzi o duszę.

 

Ślaz

- Eee, to ja to pieprzę. Wolę głowę na karku niż jakąśtam duszę.

 

Gwalbert

- Nędzniku, ja ci dowiodę, że światowe szczęście...

 

Ślaz

zdejmując zbroję

- Ty mi dowodzisz, a twój Derwid ginie. Lepiej ubierz moją zbroję i stań za mnie na warcie przy bramie, a ja pójdę Lecha obudzić.

 

Gwalbert

ubierając zbroję

- Idź go obudzić, tylko szybko.

 

Ślaz

przygląda mu się

- Stój tu, dzida w ręce prawej. Hełm na łysinę. odchodzi mrucząc do siebie No, teraz zamknąłem mu przyłbicę, pewnie jej nie otworzy. przypomina mu się coś, odwraca się do Gwalberta Jeśli spytają cię kto jesteś, odpowiadaj: jam Salmon. Ja zaraz wrócę. wykrada się za bramę i szybko ucieka, kamera na Gwalberta, ten przechadza się w te i wewte, ogląda się nerwowo, niespokojny, po chwili widać idących Lecha i Sygonia z latarniami

 

Lech

- Tu na straży stał Salmon.

 

Gwalbert

- Jam jest Salmon.

 

Lech

- Sygonie, patrz na niego. Jeśli to Salmon, to znowu się zmienił. Wielki to musi być czarownik. Mówisz, że jesteś Salmon, wiedz, że jak się okaże, żeś nie Salmon, to Salmon straci głowę - cokolwiek ta łamigłówka oznacza!

 

Gwalbert

- O, nieba! Jestem Salmon.

 

Lech

dobywając miecza

- Patrz, Sygonie, włos mu siwy wygląda spod szyszaka, nogi króciutkie z kapci, możny jakiś to diabeł. Jeśli ty, diable, nie jesteś Salmonem, to na kawałki potnę twoje ciało - broń się! atakuje go mieczem

 

Gwalbert

- O, panie, nie lej! Nie jestem Salmonem!

 

Lech

- Coś ty za jeden?

 

Gwalbert

- Zwą mnie powszechnie Gwalbertem, Świętym Gwalbertem. Otwórzcie mi przyłbicę, bo sam nie umiem...

 

Lech

- To tak jak tamten... Wymówka ta sama. Przebiegły jesteś - włos ci czarny zbielał, przytyłeś też sporo... Na Boga, nie chcę z diabłem mieć nic wspólnego. Do mnie rycerze! klaszcze, wchodzi kilku rycerzy Weźcie tego diabła - tylko ostrożnie, i rzućcie go wężom do wieży.

 

Gwalbert

- Święta Maryjo! Broń swego sługi!

 

rycerze wynoszą Gwalberta, który się wierzga i rzuca okropnie krzycząc, Sygoń wychodzi z nimi, przybiega Gwinona ubrana w staroświecką koszulę nocną, z czepkiem na głowie, wygląda conajmniej koszmarnie

Gwinona

- A co tutaj się dzieje?!! Spać nie idzie, takie krzyki!!!

 

Lech

- Kazałem wężom rzucić czarownika. Ten Salmon, kochanie, to był zły duch, bardzo silny diabeł.

 

Gwinona

- Eee, tam. Węże niegłodne, jadły dziś człowieka. wraca Sygoń, Gwinona mocniej zawiązuje koszulę

 

Lech

- Coś ty taki blady?

 

Sygoń

- Wracam znad wężowej wieży.

 

Gwinona

- I co widziałeś? Poszarpane szczątki człowieka i płaczącą dziewczynę?

 

Sygoń

- Ja widziałem rzecz niesamowitą, cud jakiś. Przy wieży biała księżycem dziewica siedzi, na harfie bluesa gra; a przy niej w krąg stoją węże wyprostowane. Dziewczyna zaczarowała je swoim graniem, ale widać, że już ręce ma śmiertelnie zmęczone, i że niedługo pociągnie kończąc w ich nienasyconych paszczach.

 

Gwinona

- A starzec?

 

Sygoń

- Śpi sobie w najlepsze.

 

Gwinona

- Znowu zwyciężyła ta przeklęta dziewczyna. Wyciągnijcie z wieży starego Derwida, córce odebrać harfę i przepędzić. Derwida zamknąć do lochów i zagłodzić. Zobaczymy czy córeczka go nakarmi?

 

Sygoń

- A co z tym Salmonem zrobić?

 

Lech

- Razem z Derwidem go zamknąć - warci siebie, szatany. Obu zamorzyć.

 

AKT CZWARTY

SCENA PIERWSZA

sala zamkowa, Lech, Gwinona i Gryf siedzą i co? - po-pi-ja-ją oczywiście; wchodzi Lilla w bardzo seksownej koszuli, rozwiązana odsłania spore piersi, męskie towarzystwo jest zachwycone - czego nie omieszka wychwycić kamera

 

Lilla

płacząc

- W nie zawiązanej koszuli przychodzę, nie niosę chleba, nie mam nic na sobie. Puśćcie mnie do ojca, chcę go przed śmiercią ujrzeć. Nie mogłam go zbawić - więc pożegnam, dlatego ubrałam na głowę lilie. Pani, spuść ze swojej srogości! Węże zimne i bezlitosne rozczuliłam i przebłagałam. Proszę, pani, pozwól mi biednej ojca ostatni raz zobaczyć, gorącymi łzami jego czoło zrosić. Wygrałaś, królowo, daj mi się z nim pożegnać.

 

Lech

- Gwinono, na Boga, te łzy miecz mi rozhartują.

 

Gwinona

- Ty jej wierzysz? To są łzy zmyślone, przecież to znana aktorka. Ona dwa razy tak głośno by płakała i pięć razy tak się śmiała, gdyby honorarium jej podwoić!

 

Lech

- I cóż ci śmiech ludzki, Gwinono, szkodzi?

 

Gwinona

- Śmiech jest bronią straszną. Więcej on głów koronowanych stracił, niż ci się może wydawać. O, śmiech to gadzina, która się w sercu wyśmianego kryje i tam go kąsa, do krwi kąsa, aż wreszcie siły w człowieku omdleją i powie sobie: jestem zwyciężony. Prawdziwa wielkość musi śmiechu się wystrzegać.

 

Lilla

- Królowo, czego ty się teraz boisz? Czy są tu tacy, co wyśmieją litość?

 

Gwinona

- Smutny to żebrak, co grosz wydrze nudą.

 

Lilla

- Będę więc nudzić, aż zezwolisz.

 

Gwinona

- Gryfie, każ wpuścić ją do lochu, gdzie jest przykuty jej ojciec. Lilla zadowolona wychodzi z Gryfem cielęco wpatrzonym w jej odsłonięte piersi

 

Gwinona

- Lechu, wiedz, że zrobiłam to na twoją prośbę. Dlaczego więc stoisz taki smutny?

 

Lech

- Gwinono, syn nasz w niewoli.

 

Gwinona

spanikowana

- W niewoli? Syn mój w niewoli? Mój Lechon w niewoli? Nie strasz mnie! On śnił mi się dzisiaj. Na syna mego zgubę pracowałam. Syn u Wenedów! Lechon - on nie ma takiej córki.

 

Lech

- Spoko, ja go odbiję.

 

Gwinona

- Trupa chyba odbijesz! Lechu, na koń! Zbieraj wszystkich rycerzy i na koń! Jak wrócicie bez Lechona - zabiję się! histeryczka - wybiega

 

Lech

- Niech się wykrzyczy, krzyk tu nic nie pomoże. Dzisiaj za mego Lechona stu Wenedów trupem położę. teatralnym gestem wali pięścią w stół, rozgląda się bacznie i ukradkiem rozmasowuje bolącą pięść

 

 

SCENA DRUGA

błonie (nie dzielnica Bydgoszczy - kretyni - tylko otwarta przestrzeń porosła trawą, zwana przez głupszą część społeczeństwa łąką), muzyka sielska, zespół Mazowsze, Ślaz siedzi na kamieniu i gra na fujarce, przed nim siedzi bliżej nieokreślonej rasy pies i słucha go, widać wyraźnie, że Ślaz jest już zdrowo narąbany, zauważa kamerę, poprawia się pospiesznie, pociąga jeszcze łyka z flaszeczki i zaczyna mówić, niby do psa

Ślaz

- Moja nieboszczka matula mówiła, że kłamstwem wyjdę na pana - to kłamstwo, co mi matula mówiła o kłamstwie - ergo: jeżeli mówiła kłamstwo, powinna zrobić na tym fortunę - umarła goła jak Lazarus - a ja ledwom się kłamstwem nie usalmonował na wieki wieków; to szczęście, że jakoś mojego pana zrobiwszy Salmonem (niechaj mu światło wiekuiste świeci), uciekłem z zamku i dobrze się stało; Gwalbertus został męczennikiem i pod imieniem świętego Salmona króluje w niebie, więc dobrze się stało - lecz to kwestia... quomodo uniknąć głodu na puszczy i zrobić fortunę? Już próbowałem chrześcijańskiej paszy, już próbowałem rycerskiego chleba, i zawsze chudy jak słomka... więc ergo, Pan Ślaz niech rusza do dziczy - rzecz prosta! Pan Ślaz niech rusza prosto do Wenedów - w jakim kolorze? - w kolorze Wenedów - jako szpieg? - a fuj - nie szpieg, lecz nowiniarz, zemsty nowiniarz, blekotnik nowiniarz; bajek naopowiadam, to i syty jeść się położę...

 

SCENA TRZECIA

sala w zamku - do znudzenia ta sama, Lech, Gwinona i rycerze, zdenerwowani

 

Lech

- Na Boga, bądźże cierpliwa! Mój oddział jeszcze z podjazdu nie wrócił.

 

Gwinona

- Gadasz! Ty tu mnie przekonujesz, a tam nasz syn rozszarpywany przez Wenedowskie zwierzęta! Jeśli Lechona zabijesz swoją cierpliwością, to nigdy ci nie wybaczę. Nienawidzę cierpliwości, to oznaka tchórzów!

 

Lech

- Tchórzem nie jestem!

 

Gwinona

- Więc ojcem nie jesteś! Kim jesteś - kawałkiem żelaza?!!

 

Lech

- Teraz już miarka się przebrała! Do tej pory byłaś w domostwie samorządną panią, ulegałem ci, bo się bałem twojego wrzasku; teraz się skończyło...

 

Gwinona

- Widzę, że już ciebie nie przełamię. Widzę już mego syna trupem!

 

Lech

- Lechon wróci, nie płacz!

 

Gwinona

- Jużem go teraz opłakała, rozpacz, on skonał... wchodzi Lilla Weneda, bez wianka na głowie, koszula jeszcze bardziej rozpięta

 

Lilla

- Królowo, ojca mego nakarmiłam! Zgodnie z umową już do mnie należy. Wracam, jak widzisz, bez kwiatów na głowie - lilie wodne bronią Wenedów przed głodem. Spytaj którego chcesz Weneda. Słyszałeś, Lechu, jaki był warunek? Nie pozwól żonie złamać wiary.

 

Gwinona

- Patrz, patrz! Ojca wybawiłaś: weź go sobie, weź. Muszę ja teraz litości ich nauczyć... Każcie tutaj starca szybko przyprowadzić. wychodzi kilku rycerzy

 

Lilla

- Pani, dobra jesteś, i łaskawa. Ja nie powiem, że ojca zbawiłam, tylko że ty mi go dałaś. rycerze przyprowadzają Derwida Ojcze, wracamy do domu - królowa dała mi ciebie. Bądźcie zdrowi! Chodź, ojcze!

 

Derwid

- Córko, a moja harfa?

 

Lilla

- Królowo, dziękujemy za twoją dobroć, lecz do pełni szczęścia jeszcze harfy nam brakuje, tobie ona zbędna - słuchu nie masz, pozwól ją zabrać.

 

Gwinona

- Przynieście ją, jest w cedrowej skrzyni.

 

Lilla

- Ojcze, zaraz harfę dotkniesz.

 

Gwinona

bierze na stronę Lecha i mówi szeptem

- Widziałeś, gdy wspomniał o harfie, dwie łzy czerwone wyciekły spod jego powiek. Ogromne i straszne łzy.

 

Lech

- I co z tego?

 

Gwinona

- Nie rozumiesz? Córka albo harfa - jedna zostanie tutaj zakładnicą. Niech on sam wybierze. Gdy zobaczyłam te łzy, wpadło mi do głowy, że to jest pomysł godny zastanowienia.

 

Lech

- Jarzę...

 

Gwinona

- Cicho bądź. do Derwida Wy, Wenedzi, macie nienasycone serca: godzinę temu poprzestałbyś na kawałku chleba, teraz wolności ci mało - chcesz harfę. Zastanawiam się, czy jak otrzymasz wszystko, będziesz się mścił.

 

Derwid

- Każ więc odprowadzić mnie do więzienia: trupy się nie mszczą.

 

Gwinona

- Twardy jesteś! Nigdy twoje serce przede mną nie zadrży?

 

Derwid

- Wyjmij je i zobacz sama.

 

Gwinona

- Wolność ci daję...

 

Derwid

- I chcesz z króla uczynić żebraka? Nigdy, póki żyję - jestem ci równy!

 

Gwinona

do rycerzy wnoszących harfę

- Postawcie przy nim tę harfę, niech się na niej oprze. stawiają harfę przed Derwidem, ten jedną rękę kładzie na niej, drugą na głowie Lilli Widzisz, ta harfa równa jest wzrostem twojej córce. Wybierz jedną z nich - i zabierz ją ze sobą do lasu. Druga zostanie u mnie jako zakładniczka.

 

Derwid

- Córko, o czym ona plecie???

 

Lilla

- Ojcze, królowa daje ci harfę.

 

Derwid

- Tę harfę?

 

Lilla

- Tak, ojcze.

 

Derwid

- Już oddała? To chodźmy, córko!

 

Lilla

do Gwinony

- Pani, ja wrócę i będę twoją niewolnicą. Ojcze, chodźmy już.

 

Gwinona

- Harfę porzucasz, Derwidzie?

 

Lilla

- Nie mów tak głośno - ja cię zrozumiałam. Jeśli chcesz mieć mnie żywą, to nie żądaj aby ojciec mnie porzucił. Serce by mi zaraz pękło. Miej nad nami litość.

 

Gwinona

- Jeśli powiedziałam, to znaczy, że chcę! Kto mi zabroni wypróbować serce ojcowskie?!! Wytłumacz ojcu, jak jest moja wola.

 

Lilla

- Ty.... Ojcze, królowa oddaje ci tylko jedno dziecię: wybierz to, które śpiewa, a zostaw to, które płacze tylko. Wybierz nieśmiertelne i wieczne echo...

 

Derwid

- Niebiosa! Córko, gdzie jesteś? Kocham swoją córkę! Córko, prowadź mnie i wyjdźmy stąd jak najszybciej. Córko, a harfa?

 

Lilla

- Skarży się, żeś ją opuścił.

 

Derwid

- Harfa skarży się na mnie?

 

Lilla

- Tak, ojcze, jęczy...

 

Derwid

- Jęczy, czy to mara, czy duch mojej harfy rozpłakanej? Dajcie mi ją w ramiona, to córka królów rozpłakana. obejmuje harfę i ucieka z nią, nie ma oczu - wpada więc na ścianę i wali się jak długi na podłogę, co wcale nie jest śmieszne

 

Lilla

- Widzicie! Ojciec wybrał słusznie, pochopnie go nie karzcie.

 

Gwinona

wściekła

- Odedrzeć starca od harfy!

 

Lilla

podnosząc ojca

- Widzicie, on już jest łagodny jak baranek...

 

Gwinona

- Starcze, syn mój najstarszy, Lechon, jest u was w niewoli - ta harfa będzie u mnie zakładnikiem. Oddam ci ją, jak tylko zwrócisz mi syna. Czy to jasne?

 

Derwid

- Harfa? Bez harfy stąd nie wyjdę.

 

Lilla

- Pani, ostatni raz rzucam się przed tobą na kolana: oddaj mu harfę, a weź w zakład mnie, jego córkę. Zaręczam ci, że ja jestem dla niego ważniejsza niż niewola twego syna. Daj mi ojca do Wenedów odprowadzić, sam - ślepy - nie dojdzie, ale przysięgnij zakładem, że za niewolnicę królewnę harfę puścisz z niewoli.

 

Gwinona

- A na co mi zakładniczka z niekochanej córki?

 

Lech

- Na Boga, Gwinono, już dosyć! Ta córka jest warta dziesięciu Lechonów, przysięgam, że jeśli z Lechonem wróci, to weźmie harfę, Lechona i moje błogosławieństwo; jeśli wróci sama - to i tak oddasz za nią tylko kawałek płaczącego drewna.

 

Gwinona

- Słyszałaś? Jak mówi mój mąż - tak się stanie.

 

Lilla

- Dziękuję wam, dziękuję. Ojcze, jeszcze dziś wieczorem harfę postawię ci do grania. Wiesz, że dotąd usta moje kłamstwa nie wypuściły. Teraz, do widzenia, królowie. Ojcze, chodźmy.

 

Derwid

z uporem maniaka

- A harfa?

 

Lilla

- Idzie za nami, ojcze, nie bądź marudny. do Lecha Szlachetny królu, w twoim więzieniu został jeszcze jeden niewinny starzec, pamiętaj o nim. odchodzi z ojcem

 

Lech

- Aaa, ten czarownik, diabeł wcielony. Sygonie, każ go wypuścić na wolność. Tyle anielstwa w ludziach, że dzisiaj jestem jakiś taki rozlazły... Chodźmy się więc do walki szykować. wychodzi, zostaje sama Gwinona i rycerze, wszyscy dłubią sobie w zębach i ziewają

 

 

SCENA CZWARTA

grota wróżki, oświecona czerwonymi lampami, Roza Weneda stoi przy wejściu i wyje do księżyca, znudzeni słuchają tego harfiarze - dwunastu zresztą

 

Roza

bełkocząc zupełnie niezrozumiale

- Do krwi, krwi, podpalić twój dom, wstań, do krwi, jeszcze, póki my żyjemy, panno co jasnej bronisz, aaaa psik, itd

 

Harfiarz

- Grom usłyszał i odzywa się głucho. Roza pada na ziemię, wije się konwulsyjnie, bełkocze, ani słowa nie można zrozumieć Mówiłem żeby nie przesadzała z tymi grzybami.

 

Harfiarz inny

- I co ci wróżby powiedziały?

 

Roza

- Człek na człeka jak pies pójdzie wściekły, grom czerwony będzie się gryźć z błękitnym, krew poniesie z sobą tron Derwida i król będzie płynął z harfą, z tronem, jako kawał kry.

 

Harfiarz

- No, mówię, że jej zupełnie kontrolki w deklu powysiadały od tych grzybeczków - trzeba ją do Monaru, na detoks, czym prędzej... milknie uciszany

 

Roza

- Jeszcze okropniejszą rzecz widziałam: krew podmyła tron i wzięła ze sobą, król na tronie włosy rwał i rzucał, a pioruny je paliły w powietrzu. Ale nie mówcie tego jutrzejszym trupom.

 

Harfiarz inny

- Cóż wyrzekły wróżby, powiedz...

 

Roza

- Wczoraj kości warzyłam na polu, nagle widmo straszne wyszło z ognia...

 

Harfiarz

przerywa jej

- To wszyscyśmy czytali, przejdź do konkretów, ważnych dla tej opowieści!

 

Roza

- Więc wychodzi na to, że nad naszą mogiłą nie wzejdzie słońce. Proszę, nie mówcie o tym ludowi - nie psujcie nastroju przy kolacji... dwunastu wodzów wchodzi do groty, wszyscy różnie ubrani, tajemnicze rogi mają na hełmach, niektórzy zamiast rogów mają pióra albo kwiaty, jeden ma dwa widelce, inny antenkę, pancerze z siatki lub z łuski, olbrzymie miecze w rękach Oto są i wodzowie. Wiele wojska z wami?

 

Wódz

- Dwanaście tysięcy.

 

Roza

rozlewając do pucharów w kształcie czaszek

- Pijcie z czaszek tych i bladej śmierci urągajcie, niech wyje...

 

Wódz

- Cóż ci mówiły wróżby?

 

Roza

- Jeśli podczas walki ojciec mój z harfą na kamiennym tronie zagra pieśń, ową straszną pieśń, od trzech pokoleń nie słyszaną: to przy nas zwycięstwo.

 

Wódz

- Twój ojciec i jego harfa są w niewoli.

 

Roza

- Nie bój nic.

 

Wódz

- A gdzież jest wódz dwugłowy?

 

Roza

- Nie wierzycie mi, ludzie przeklęci?

 

Wódz

- Nie uwierzymy, póki nie zobaczymy.

 

Roza

- Ty, z tym kretyńskim pawim piórkiem, odwal ten kamień. siłuje się, nie może więc wszyscy spróbujcie. wodzowie puchną i sapią, kamień ani ruszy

 

Wodzowie

- Nie możemy.

 

Roza

- Więc ja go rękami duszy podniosę i do piekła wyślę! Roza wchodzi, odwaliwszy kamień, do podziemnego lochu i wyprowadza skutych łańcuchem braci I wódz się zjawił! Chodź tu, wodzu, niespokojny: włożę wam zbroję. zakłada im dwa hełmy i uzbraja jak jednego rycerza, Lelum trzyma wielką tarczę, Polelum zaś w prawą rękę bierze równie wielki miecz, Roza znowu dostaje świra Jesteście teraz jednym rycerzem, mścicielem Wenedów, pogromcą i postrachem wrogów. Trzeba krwi ofiarnej...

 

Polelum

wyjmując fiolkę

- Weź moją.

 

Roza

- Tu krwi potrzeba obcej, z niewolnika wytoczonej. wchodzi do lochu i wyprowadza Lechona To syn królewski, patrzcie tylko, jaki on bladziutki...

 

Lechon

młody rycerz, strasznie przestraszony, niższy od towarzystwa przynajmniej o głowę, najlepiej Zamachowski, on tak pięknie umiera...

- Zlitujcie się, ludzie. W takich warunkach trzymać jeńca?!! Toż to przeczy wszystkim istniejącym konwencjom. Wiem, że macie prawo się mścić i odebrać mi życie, ale niech się to dzieje w cywilizowany sposób! Zresztą, zastanówcie się - przecież moja śmierć do niczego wam się nie przyda. Wasz król jest u nas w niewoli, ja u was - może pohandlujemy?

 

Roza

- Nie, tej krwi nie wezmę - za podła. Idź dalej pisać zażalenia do wszystkich trybunałów! wpycha Lechona do lochu Czerwieńszą krew znajdę w sercu gołębia. dwóch rycerzy wenedyjskich wprowadza Ślaza A to co za człowiek?

 

Ślaz

- Ja tu przychodzę dobrowolnie, proszę mi wierzyć, dobrowolnie.

 

Roza

- Jesteś Lechitą?

 

Ślaz

z oburzeniem, marszcząc czoło ze zdziwienia

- O! To tutaj obelgami się wita?!!! Nazwijcie mnie psem, piździelcem, Rumunem, ale nie Lechitą, błagam! Toć ja większej obelgi nie słyszałem w życiu. Czy mi z twarzy wygląda pijaństwo, gburostwo, gust do wrzasku, kretynizm i całe błota piekieł???

 

Roza

- Milcz! do rycerzy Gdzie go pojmaliście?

 

Rycerz

- Szedł od strony Lechitów. Wiele strasznych rzeczy nam po drodze opowiadał: że widział króla Derwida zamęczonego, siostrę twoją zabitą...

 

Roza

- Kłamiesz!

 

Ślaz

- Klnę się na te czaszki! Sam płonę chęcią zemsty, dajcie mi jakąkolwiek broń, a sam mścić się będę. szlochając Ten król szanowny, starzec sędziwy! Ta niebiańska królewna, jej piersi jak pomarańcze dojrzałe... Miecz mi dajcie, zemsta, krwawa zemsta...

 

Roza

- O zemście mówisz? Zemsta jest tu pod ziemią! bierze nóż i wchodzi do lochu, kamera wchodzi za nią, Lechon ucieka przed nią zasłaniając się papierami, gonią się wkoło okrągłej celi, Roza dopada go i teatralnym gestem wbija mu nóż w serce, kamera do groty

 

Polelum

- Lelum, noc już blisko.

 

Lelum

zrozpaczony

- Słyszałeś? Umarła. Czuję jej ducha obok nas... Pomszczę ją krwawo, Lechitami zakryję całe pole! Teraz już nie mam nic do stracenia!

 

Roza

wychodząc z lochu, trzyma w dłoni dymiący jeszcze nóż

- Patrzcie, nóż czerwony krwią Lechona, jeszcze przed chwilą był w jego sercu. Pomażę sobie tą krwią brwi - zobaczę dusze umarłych... i wy zobaczycie... Pamiętajcie się nie odzywać, bo kto do umarłych przemówi, sam skona. klimat ciężki, nagle wchodzą Derwid i Lilla Widzicie, już działa, ja wywołałam trupy spod ziemi i oto są!!!

 

Lilla

- Tyle razy mówiłam żeby nie dawać jej żadnych grzybów!!! Zupełnie jej już odpierdala! Ojca wam przyprowadziłam z niewoli, a tutaj wszyscy uspawani!

 

Derwid

- Cóż to? Nie poznali mnie? Posadź mnie, córko, na kamieniu. Naprawdę nie poznali mnie?

 

Roza

ze skruchą

- Bez harfy przyszedłeś...

 

Derwid

- Niebiosa! zrywając się Ja bez oczu przyszedłem! Gadzino, ćpunie przeklęty, czy ty się z mojej harfy urodziłaś, że mnie tak witasz?!! Lilla, daj mi rękę, idziemy z tej speluny!!!

 

Lilla

- Dokąd, ojcze?

 

Derwid

- Do węży, od których mnie uratowałaś. One przynajmniej nie będą mi tak gryzły serca.

 

Lilla

- Ojcze, co ty pleciesz?

 

Derwid

- Gadzina córka, kto to widział tak ojca witać! Kiedy tu szedłem, psy z radości szczekały, a córka...

 

Roza

- Bodaj mnie piorun! Bo ty bez harfy przyszedłeś, i dziś jeszcze upadniesz na stos - bez królestwa.

 

Lilla

- Nie! Mylisz się, siostro! On zwycięży bez młodszej córki, ale dzięki młodszej córce. Niech ktoś pójdzie ze mną i złotą harfę przyniesie...

 

Roza

- Co ty kombinujesz? Harfę odzyskasz? Jak?

 

Lilla

- Za harfę sama się oddam Lachom...

 

Roza

- Idź śmiało, bo harfa zwycięży.

 

Lilla

- Jest jeszcze jeden sposób: za harfę dać im Lechona. Królowa na to przystała.

 

Roza

- Więc zginęliśmy, bo Lechon miał wypadek - nadział się na nóż... do Ślaza Kłamco ohydny! Rzucić go ze skały!

 

Lilla

- Nie plamcie krwią tej smutnej godziny. Dajcie mi tego człowieka, niech idzie ze mną po harfę.

 

Roza

- Co ty mówisz? Nie ośmielisz się chyba wrócić do Lecha, po tym co się stało z jego synem...

 

Lilla

- Siostro, ja się już ze śmiercią obeznałam. Wierz mi, że wam harfę przyślę. Zwyciężajcie i bądźcie szczęśliwi. do Ślaza Chodź ze mną, człowieku. wychodzą

 

Roza

- Więc: ZWYCIĘSTWO! Starzec usnął ukołysany płaczem swojej córki. Zwycięstwo, sto serc ludzkich za zwycięstwo! stukają się kuflami

 

 

AKT PIĄTY

SCENA PIERWSZA

sala w zamku Lecha - do znudzenia ta sama, tym razem oświetlona częstymi wyładowaniami atmosferycznymi, zwanymi przez głupszą część społeczeństwa "piorunami", Lech, Sygoń i Święty Gwalbert

 

Lech

w pełnym uzbrojeniu, stojąc przy oknie

- Na koń! Straż przednia spieprzyła, tchórze!

 

Gwalbert

- W imię krzyża, daję tobie zwycięstwo!

 

Lech

- W czyjekolwiek dajesz, wezmę; a nie dasz, to siłą odbiorę!

 

Gwalbert

przestraszony

- Toć przecie daję, nerwowyś królu...

 

Lech

- Ha! Pioruny biją, jakby świat się walił. Straż spieprzyła... miecz Rolanda... przerywa mu wejście Gwinony ubranej w strój żałobny Moja czarna żono, siedź w zamku, film jaki obejrzyj... Ucałuj ode mnie dzieci, parne powietrze uśpić je musiało...

 

Gwinona

- Arfon się piorunów boi i płacze...

 

Lech

- Może jest chory?

 

Gwinona

- Przestraszony tylko.

 

Lech

- Na koń, rycerze! A ty zamknij okna, żeby jaki piorun tu nie wleciał. Lechici, do broni! wychodzą wszyscy oprócz Gwinony

 

Gwinona

- Chodźcie tu, dziewki, bo mi tu samej straszno! wchodzą dziewki, zacne, młodziutkie kobitki Czy która bajek nie umie? Niech opowiada, bo mi tak straszno, jak w śmierci godzinę. Wiecie, że mój syn już pewnie nie żyje, ona po harfę nie wróciła; pewnie już pośród trupów leży... Tej nocy coś okropnego się stanie; w sumie to idźcie lepiej spać, sama muszę to przemyśleć... dziewki wychodzą, po chwili wchodzi Lilla Weneda Syn mój z tobą przyszedł? Lilla odpowiada gestem rozpaczy Powiedz wprost, że zabity, albo żywy, tylko mnie nie dręcz niepewnością...

 

Lilla

- Ty okropna...

 

Gwinona

zbliżając się do niej wściekle, lecz powoli

- Jeśli już... syn mój... już...

 

Lilla

- Przy bramie czeka...

 

Gwinona

- Mój syn!

 

Lilla

- Nie, pierdoło, człowiek po harfę!

 

Gwinona

- Ty harfiarko! chwyta Lillę za szyję

 

Lilla

- Gorzej ci? Udusisz mnie...

 

Gwinona

- Ty szmato...

 

Lilla

- No, co ty? Co ty?

 

Gwinona

- A krzycz sobie, krzycz! zrywa pas (odsłaniając swoje wątpliwe uroki) i dusi Lillę) Krzycz! No, po sprawie! Do mnie, dziewice, do mnie! Mamy trupa na stanie! Lilla leży martwa, wbiegają dziewki

 

Dziewica

- A co to za wrzaski?

 

Gwinona

- Co?

 

Dziewica

- Coś tu upadło?

 

Gwinona

- Ten trup.

 

Dziewica

- Jaki ładny trup, o jeju!

 

Gwinona

- Okropność - to ja udusiłam wstążką - boicie się dotknąć trupa?

 

Dziewica

- Uduszona?

 

Gwinona

- Oni mi zabili syna...

 

Dziewica

inna, lubieżnie spoglądając na Lillę

- Oj, biedne, bielutkie stworzenie! Cóż ci zawinił biedny gołąbeczek? Pozwól przynajmniej, że ją ubierzemy w srebrną bieliznę, w bławatki, w narcyzy. O! Jak te piersi okrąglutkie ostygły, jak te nóżeczki zimne zbłękitniały! Pomóżcie mi siostrzyczki, wyniesiemy ją do mojego pokoju... wynoszą Lillę, oblizując się, niektóre mają wampirze zęby

 

Gwinona

sama, trzeźwa

- Teraz już wiem wszystko, precz nadzieja fałszywa! Odeślę harfę Derwidowi i sama zbroję wdzieję... w krew się rzucę... koniec sceny: obraz przechodzi w purpurę, natęża się kolor, w końcu kadr jednolicie purpurowy, muzyka jak z najtańszych horrorów

 

SCENA DRUGA

pole pod zamkiem, Ślaz pukając do bramy

 

Ślaz

- Hej! Jest tam kto!!! Odźwierny się u was powiesił, czy co?!! Ja tu na harfę czekam, do rana będę stał?!! otwiera się brama, wychodzą dziewice w bieli z pochodniami, niosą zamkniętą skrzynię od harfy, Ślaz bardzo jest kobietkami urzeczony, oblizuje się

 

Dziewica

- Człowieku, oto jest w zamknięciu harfa Derwida. Zanieś ją i powiedz, że Gwinona dotrzymuje przysięgi.

 

Ślaz

- Włóżcie mi, proszę, to pudło na ramiona, piękne dziewoje...

 

Dziewica

- A spiesz się, człowieku... wchodzą za bramę zamkową, scenę kończy ujęcie Ślaza targającego ciężką skrzynię na plecach

 

SCENA TRZECIA

pole walki, muzyczka celtycka, Lech i Sygoń stoją, w tle widać dogorywającą walkę, obaj mają całe ubrania we krwi

 

Lech

- Sygonie, to walka olbrzymów. Pioruny są przeciw nam; już miałem ich króla dopaść, kiedy jeden z nich zabił mi konia.

 

Sygoń

- Panie, rzecz straszniejsza: spotkałem czarne straszydło dwugłowe - wodza Wenedów!

 

Lech

- Aż taki on straszny?

 

Sygoń

- Jest bardzo wielki, ma dwie głowy na jednym ciele. Patrzy tylko spokojnie i szuka oczyma serc w naszych sercach.

 

Lech

- Za mną! Ja go znajdę...

 

Sygoń

- Włos mi osiwiał - tak okropnej nocy jeszcze nie miałem. kamera pokazuje plac, wyłuskuje Lelum i Polelum

 

Lelum

- Widzę Lecha! napadają na Sygonia

 

Sygoń

- Wodzu ohydny Wenedów, jeśli jesteś człowiekiem - będziesz trupem! tłuką się zawzięcie

 

Polelum

- Zakręć łańcuchem koło niego i zwiąż. gdy Polelum walczy, Lelum obiega wkoło Sygonia i okręca mu łańcuch na gardle, tak że Sygoń jest powieszony na łańcuchu, który łączy ręce braci

 

Lelum

- Teraz rozbiegnijmy się - łańcuch go sam udusi.

 

Polelum

- Zacharkał - puść go.

 

Lelum

- Leży uduszony. odwijają łańcuch, Sygoń pada martwy Oj, gdyby ojca harfy jęk, a z wszystkich byłyby takie trupy w jedną chwilę.

 

SCENA CZWARTA

pole walki, Lech, widać niedaleko trupa Sygonia

 

Lech

- Sygoń, do mnie! Znów zabiłem ludzi dwunastu, miecz mi się wyszczerbił. Co widzę? Stary Sygoń leży trupem?!! O, zemsta! Zemsta!!! pojawia się Gwalbert

 

Gwalbert

- Jęki króla słyszę.

 

Lech

- Zdejmij z niego zbroję i zobacz, gdzie ma ranę.

 

Gwalbert

- Na ciele żadnej nie ma rany, po twarzy wnioskuję, że został powieszony, albo zabity piorunem - taka jest sina.

 

Lech

- O, zemsta nad piorunami! biegnie w stronę walczących

 

Gwalbert

- Biedny poganinie, chodź, ja dam ci pogrzeb chrześcijański... ciągnie trupa

 

SCENA PIĄTA

monument z druidycznych kamieni w lesie, Derwid siedzi na kamiennym tronie, wokoło dwunastu harfiarzy siedzi na kamieniach, przy każdym stoi złota harfa i pochodnia w ziemię wbita, Roza stoi za ojcem na tronie, na prawo jest dąb Derwidowy

 

Derwid

- Cóż to? Jeszcze nie ma harfy, a ja słyszę jęki narodu i szelest płynącej krwi. Jeszcze nie ma harfy... przybiega ranny Wened, postać tajemnicza, najlepiej zakonspirowany aktor potulicki - Mirosław Dura

 

Wened

- Przybiegłem ranny; Lechici nas łamią, lud czeka na pieśń.

 

Derwid

- O, Boże! O, Boże!

 

Wened

- Ja konam, królu, graj pieśń... ja umieram... pada i kona, jak zapowiedział

 

Derwid

wstając na tronie i rwąc włosy

- Pioruny, bijcie we mnie! Bądźcie wy królem! A ja będę harfą! Królestwo moje to puch jak te włosy... wchodzą Lelum i Polelum

 

Lelum

- Ojcze, giniemy, graj pieśń...

 

Derwid

- Idźcie skonać, ja nie mam harfy.

 

Roza

- Ustąpcie się wszyscy, już słyszę harfę idącą... Uderzcie w tarcze, niech zejdą się wodzowie! Ta pieśń uczyni z nich nieśmiertelnych, wszyscy, którzy ją usłyszą, żyć będą. wchodzi Ślaz ze skrzynią

 

Ślaz

- No to się wam dobrze zasłużyłem. Przynoszę wam harfę, gdzie postawić?

 

Roza

- Daj tu... O dąb królewski oparta niech czeka.

 

Ślaz

- A wam królowa kazała powiedzieć, że dotrzymuje przysięgi.

 

Roza

- Precz wężu!

 

Ślaz

- A to i dobrze, schowam się w bagniska. odchodzi

 

Roza

- Królu, daj zwycięstwo twojemu ludowi! wchodzi dwunastu wodzów z obnażonymi mieczami, wszyscy pokrwawieni Oto są wodzowie i pieśni godzina, ojcze, przy dębie stoi harfa...

 

Derwid

wstaje z tronu i po omacku szuka harfy, znajduje pudło

- Już czuję w sobie, że zwyciężyliśmy, duszę całą mam w rękach. Harfa w skrzyni, Wenedo, otwórz. Roza zdejmuje wieko ze skrzyni i cofa się ciągnąc ojca za rękę, kamera na wnętrze skrzyni, tam zamiast harfy leży trup Lilli w śmiertelnej koszuli, z wieńcem bławatkowym na głowie Puszczajcie mnie do harfy! O co chodzi?!! Jestem pełny ducha! wyrywa się Rozie i kładzie ręce na twarzy Lilli Cóż to jest? Rzecz jakaś zimna... to nie struny... ja pod palcami moimi czuję trupa... Cóż to jest? To nie harfa, to ciało mojej umarłej córki!

chwila milczenia, podkreślona muzyką, Roza chce odciągnąć Derwida od ciała Lilli, starzec nie daje się córce Precz, gadzino! Tu moja tamta córka... tu, w trumnie... Czekajcie! Czekajcie! Tu też jest pieśń, na tych złotych włosach będę grał. Nie odrywajcie mnie, proszę...

 

Roza

- Cóż to - nie słyszycie tej pieśni łez ojcowskich? Idźcie skonać!

 

Derwid

- O! Mój gołąbek martwy! Już na wieki martwy!

 

Harfiarz

- Ojciec płacze.

 

Derwid

- Widzę ciebie, córko, widzę niewidzącymi oczyma... Stoisz tutaj w grobie głowy, i wychodzisz... Umarła moja najmilsza!!!

 

Roza

- Ja wiedziałam już dawno, na jaką zwołam was pieśń, potępiony przez Boga ludu... już dawno widziałam na waszych czołach napisane krwawo życie trzydniowe... O, jak wam leniwo do kończącego wszystko grobu! Trzeba was było wszystkich oszukać i w śmierci paszczę popędzić. Nie dosyć jeszcze?

 

Jeden z wodzów

- Wróżko, przyrzekłaś nam zwycięstwa harfę.

 

Roza

- Ja ci przyrzekłam? Chodź tu i patrz. I ty myślałeś, że więcej jest głosu w strunach , niż w trupa niewinnego ciszy? Gdzież taka harfa, jak ten trup? Gdzie takie tony żałosne, jak płacz tego ojca? Przysięgnijcie, że pomścicie... resztę zdajcie gromom i późnej zemście czasu... przysięgnijcie!

 

Wodzowie

- Przysięgamy zemstę... aż do śmierci. wychodzą

 

Lelum

całując martwą siostrę

- Na ustach twoich, siostro, przysięgam, że zobaczymy się dziś. O! Lechici!

 

Derwid

wyjmuje zza pazuchy nóż ofiarny i mówi, dwukrotnie przebijając sobie serce

- Synowie! Patrzcie: o tak, o tak - Lecha w serce... pada martwy

 

Roza

- Tam miejsce jest, na prawo - weźcie te dwa ciała. I zaraz spalcie je razem, wokoło stosu trzymajcie urny z królów popiołami: jeśli jaki Lechita chciałby gwałtem porwać ze stosu ciała święte - to wy go urnami tymi przywalicie! harfiarze biorą urny i pochodnie, czterech bierze na barki ciało Derwida i Lillę w skrzyni, niosą na stos, Roza układa stos na kamieniu tronowym, Lelum i Polelum idą walczyć,

 

SCENA SZÓSTA

cały czas na polu walki, noc, burza, częste błyskawice, Lech spotyka Gwinonę

 

Lech

- Złamani! Wycinać ich do nogi! A cóż to za rycerz nieznany?

 

Gwinona

- Jam się uzbroiła mścić mego syna!

 

Lech

- Można ich teraz rąbać jak barany. Zupełnie ducha potracili ci ludzie. Stracili go o samej północy - i odtąd rąbią ich nasi jak kibiców Apatora w Bydgoszczy.

 

Gwinona

- Harfiarza, ja chcę harfiarza!

 

Lech

- Ostrożnie, bo przy nim musi być ludzi ostatek. Gwinona biegnie gdzieś pociągając nosem jak seter, pojawia się Gwalbert A ty co robisz?

 

Gwalbert

- Ja chrzczę niedobitych, aż mi się matka chrystusowa zjawi...

 

Lech

- Chciałbym napotkać dwugłowego wodza i ofiarować życie potworowi, byleby chodził za pługiem. wychodzi z kadru

 

Ślaz

pokazuje głowę zza kępy trawy

- Prześwięty Gwalbercie!

 

Gwalbert

- A co ty tu robisz, Ślazie?

 

Ślaz

- Aaa... nic. Grzęznę sobie w błocie.

 

Gwalbert

- A jakże ty się tu znalazłeś?

 

Ślaz

- Święty, najpierw mnie wyratuj za uszy - bo tonę... A potem twoje zaspokoję uszy.

 

Gwalbert

- Łajdaku, tyś mi spalił celę!

 

Ślaz

- Nie ja, Panie, szatan ją spalił - jam cię, ojcze, szukał, aby się tobie na diabła poskarżyć.

 

Gwalbert

wyciągając go z bagna

- Dziś odkupienia noc, chodź ze mną.

 

Ślaz

- Teraz do śmierci będę księżym sługą. odchodzą

 

SCENA SIÓDMA

walka dogorywa, Lech spotyka Gryfa

 

Lech

- Zabiłem pół wodza...

 

Gryf

- Małżonka twoja, panie, leży trupem.

 

Lech

- Zabita?

 

Gryf

- Nie, udaje... - pewnie, że zabita! I to jak - Wenedzi już praktycznie byli pobici, gdy ona się rzuciła widząc na górze Derwida. Czarni mnisi pilnujący stosu z dwoma trupami rzucili na nią z góry mosiężne urny z prochami przodków. Jak dobiegłem, Gwinona już nie żyła...

 

Lech

- Biedne moje dzieci, będą pytać o nią... Zanieście do zamku jej zwłoki i umyjcie ją z ludzkiego prochu.

 

SCENA ÓSMA

monument druidyczny, stos ułożony w miejscu, gdzie stał tron Derwida, Roza, po chwili wchodzi Polelum niosąc na rękach przykute zwłoki brata

 

Roza

melancholijnie

- Już ludu naszego nie ma, tron pusty i dwanaście pustych kamieni... I tak już na wieki! Cóż - nic nie mówisz do mnie, Polelum?

 

Polelum

- Patrz! Brat mój zabity.

 

Roza

- Rozciąć wam łańcuch?

 

Polelum

- Nie ruszaj łańcucha - gdzie stos dla umarłych?

 

Roza

- Masz zgliszcze - burza zgasiła pochodnie.

 

Polelum

- Poszukaj ognia.

 

Roza

- Chmury dadzą ogień.

 

Polelum

wchodząc na stos z trupem brata na rękach

- Jam gotów! Pieśnią zawołaj pioruny!

 

Roza

- Podnieś do nieba rękę z ręką trupa. Wołajcie oboje gromów łańcuchami. wchodzi Lech

 

Lech

- Stójcie, poganie, przynoszę wam życie.

 

wchodzi Gwalbert

Gwalbert

- Stójcie, poganie, przynoszę wam wiarę!

 

Polelum

- Życie i wiarę! To dobre! Boże, popatrz jakim ty cudakom dajesz zwycięstwo! Zamiast waszych podarunków żądam piorunu! Natychmiast, w imię... przerywa mu piorun bijący w stos, drzewo zapala się złotym płomieniem, bracia giną w blasku, powoli nad gasnącym stosem pojawia się postać Bogarodzicy dłubiącej w zębach

 

Gwalbert

- Ave, Nieśmiertelna!

 

Lech

- Cud! Bogarodzica ziewa i machając znudzona ręką powoli znika, muzyka głośniej, napisy:

scenariusz, muzyka i reżyseria: Juliusz Skutecki

na podstawie: Juliusz Słowacki, "Lilla Weneda"

produkcja: szejk Haarim Abdul Jabbar

kostiumy: Prince

charakteryzacja: King Diamond

zdjęcia: Jimi Kodak

konsultacja naukowa: prof. dr Johny Cleese

efekty pirotechniczne: Masa, Pershing i reszta ekipy z Pruszkowa

efekty specjalne: Pan Bóg

                                                                                                  zamknij okienko